08 listopada 2015

najlepszy

Piję grzane winko, zagryzam kabanoskami z chili, wącham pomarańczę nadziobaną goździkami i słucham wykładu Zolla. What year is that?!?!



Jest mi fajnie.

10 września 2015

dieta ciut

Najgorzej. Człowiek (ja) chce zrobić coś ze swoim życiem i postanawia, korzystając z dobrodziejstw umowy o pracę w korpo i benefitów zeń płynących, że pójdzie do dietetyka. Chciałam zrzucić tłuszcza i nabyć mięśnia, i jak się okazało tego pierwszego jak na mą wątłą posturę mam zaskakująco dużo, a tego drugiego wyjątkowo mało. Jak już dietetyczka mówi, że jest zszokowana takim rozkładem, to faktycznie należy dziękować bogom wszelakim za to, że ta moja konstrukcja się w ogóle przemieszcza. Tak skonsultowana byłam pełna nadziei, że już gorzej być nie może i że ćwicząc na pakerni i jedząc jak mi babka każe będę za miesiąc super fit obmięśniona i odtłuszczona.

Nic bardziej mylnego.

Jak to w życiu zazwyczaj bywa (a zwłaszcza w moim), sprawa się rypła. Tydzień przed wyznaczonym terminem wizyty kontrolnej wskoczyłam sobie na wypasioną wagę żeby zobaczyć, jakie postępy poczyniłam. A postępy poczynione faktycznie zostały. Waga pokazała prawie kilogram więcej. Myślę sobie "ekstraśnie, mięśnie!". Nołp, tłuszczor. Nie dość, że przybyło mi tłuszcza, to mi jeszcze mięśni ubyło. Impossibru - wykrzyknęłam (w serduszku, bo byli ludzie nieopodal) i pomyślałam, że coś nie tak musi być z tą wagą, po przecież żrę te kurczaki i sery białe, pakuję na siłowni, halo no. Tłuszcza mogło faktycznie troszkę przybyć, bo za blisko mam do automatu z batonami w robocie, ale jakim cudem mięśnia ubyło?! Niet, waga wadliwa, hańba jej, jakiś grubas wcześniej musiał z niej korzystać i wyniki są wypaczone. A nawet jeśli są prawdziwne, to przez tydzień uda mi się chociaż troszkę je zmienić.

Dzisiaj kontrol. Wielki dzień, emocje itd. Waga (jako tonaż) tak samo jak miesiąc temu. Uf. Tłuszczoru więcej niż miesiąc temu, ale mniej niż tydzień temu. Uf. Mięśnia mniej niż miesiąc temu i - o zgrozo - mniej niż tydzień temu. Niedobsz. Nie jest to zachęcające, szczerze mówiąc, i bliżej mi w tym momencie mentalnie do Bridget Jones niż Forresta Gumpa. Nawiasem mówiąc to generalnie mentalnie nie jestem zbyt bliska Forrestowi G., żeby nie było. Ale zamiast biegać mam ochotę teraz żreć ciastki, o to chodzi. Więc dzisiaj ogłaszam dyspensę na (zdrowe?) diety i wchłaniam ciastki. Kolejne zalecenia żywieniowe od dietetyczki wprowadzę od jutra. Albo od poniedziałku. 

03 września 2015

o skarpetkach

Dawno temu chciało mi się pisać. Te czasy już niestety minęły (bezpowrotnie?). Od dłuższego czasu cierpię na niemoc twórczą, co częściowo spowodowane jest tym, że już nie siedzę na bezrobociu i nie mam za bardzo możliwości pisania na blogasku na bieżąco tego, co mi do głowy wpada, a częściowo z lenistwa. Trochę się rozleniwiłam w pracy, tak. Mojej głowy nie zaprzątają już ważne życiowo sprawy takie jak globalne ocieplenie czy głód w krajach trzeciego świata, tylko "czy starczy mi do dziesiątego?" i "w co ja się jutro ubiorę??". Tak, to jest dorosłość. Nie ma się tyle czasu ile by się chciało na robienie tego, co się lubi, trzeba wstawać rano i myśleć jak zrobić, żeby przeżyć, nie pisząc do tateły żeby podzielił się swoimi pieniąchami. Dorosłość...

Teraz będzie szczere wyznanie. Możliwe, że trochę śmieszne. Otóż - dorosła nie poczułam się widząc na koncie grube hajsy tytułem "wynagrodzenie za klikanie", ale kupując sobie skarpetki. Nie były może jakieś super, cenowo też chyba szału nie ma, ale zapłaciłam za nie z własnych środków a nie za tacine. Dziwnie się czułam płacąc za nie. Odchodząc od kasy spojrzałam w lustro i ujrzałam w nim kogoś zupełnie innego. Kogoś, kogo stać na własne, nie dzielone z nikim, nie kupione przez mamusię, skarpety.

Wciąż nie mogę otrząsnąć się z tego skarpetkowego szoku. Z obawy przed szokiem, jakiego mogę doznać, daruję sobie kupowania majtek. 

Kurtyna.

24 marca 2015

ave

99 wyświetleń temu stuknęło mi 3000 wizyt. Nie wiem skąd, nie wiem jak, zapewne 99 proc tego to jakieś boty z Syberii, bo merytorycznego kontentu tu jak na lekarstwo, a nikt na blogaska nie wchodzi dla ładnej buzi blogopisarki (a może?), a aż tak sprytna nie jestem, żeby umieć wyczytać co mi gógl analitiks pokazuje w tej kwestii. Anyways, spoczko, że ktoś tu zagląda, jest mi miło, pjona i wirtualne buziaczki. 

Mało pisałam ostatnimi czasy, bo tak jakoś. Zabiegana jestem. Byłam w sumie, bo teraz to już tylko bieganie dosłowne mi zostało. Dostałam pracę (yay!), szukam mieszkania (nope) i ogarniam kopytka, bo w przypływie entuzjazmu zapisałam się na nocną dychę (czym kiedyśtam groziłam), która to odbędzie się za około 24 dni. 24 dni a ja w tym sezonie najdłużej biegłam za jednym razem przez 35 minut, robiąc pięć km z lekkim hakiem. Szału nie ma, tym bardziej że mądre artykuły mądrych specjalistów stanowią, iż przygotowując się do przebiegnięcia dychy na zawodach, trzeba w ramach tychże przygotowań wybiegać milion kilometrów tygodniowo. Milion to przesada, ale 40 km tygodniowo to dla mnie tak samo nieosiągalny wynik jak i ten milion. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Albo raczej wybiegnie.

Chciałabym się podzielić jeszcze jakąś światłą refleksją, ale jestem głodna, a jak głodna to zła i myśleć mogę tylko o tym, że jestem głodna. W związku z tym odraczam podzielenie się refleksją głębszą do czasu uzupełnienia żołądka. A Wy czytajcie mnie dalej. Buziaczki.

20 marca 2015

jaki marzec

Dzikie to słońce dzisiejsze. Najpierw zaćmione, a teraz świeci jak szalone.

Jeśli ten rok ma być choć trochę podobny do zeszłego, to znaczy że tempo nada mu marzec. Marzec 2014 roku był przedziwny. Nie wiem jak w 31 dni udało mi się upchnąć tyle smutków, radości, szaleństw, apatii, napadów nadziei i ataków złości, nowych doświadczeń i przemyśleń. W każdym razie - jakoś się udało i reszta roku upłynęła w podobnych klimatach. 

Tegoroczny marzec jest dziki. Jak to słońce. Chcę, żeby 2015 też był dziki. 


14 marca 2015

freakin' patient

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Izabela D (@be_danevska)



Dzisiaj niespodziewanie w połowie jogi okazało się, że w ramach surya namaskara umiem zrobić sensowną chaturangę (to na zdjęciu to nie chaturanga, tylko luźna wariacja na temat stania na głowie, salamba sirsasana) i nawet zgrabnie przejść do kobry, bhujangasana, bez opadania na podłogę jak wieloryb! Cierpliwość i praca u, dosłownie, podstaw. Jak tak dalej pójdzie to sama będę w stanie otwierać słoiki i faceci już całkowicie przestaną być mi potrzebni. Niedobrze.

Practice and all is coming.

09 marca 2015

kobietom

Tekst stary, sprzed (ponad?) roku. Kilka rzeczy ujęłabym inaczej, ale przesłanie się zgadza.

**

Jakiś czas temu na fejsie trafiłam na profil poświęcony Świrszczyńskiej, która obok Poświatowskiej była moją ulubioną poetką w burzliwym okresie liceum. Zaczytywałam się wtedy namiętnie w ich wierszach, bo fantastycznie oddawały to, co swoim nastoletnim naiwnym serduszkiem odczuwałam. Uwielbiałam czytać o nieszczęśliwych, niespełnionych miłościach, o smutku i umieraniu, o zwykłej beznadziei dnia codziennego, gdy nie można być z osobą, którą kocha się całym sobą. Oczywiście polubiłam, bo wciąż czuję sentyment do babrania się we własnym mentalnym gówienku.

Boże.

Nie ma lepszej metody na pielęgnowanie bezsensownego butthurtu niż czytanie takich wierszy. Jeśli istnieje coś bardziej szkodliwego dla człowieka niż używki, to właśnie będzie tym poezja, przekazująca idiotyczne i niepoważne poglądy na relacje damsko-męskie.

Nigdy nie byłam jakoś wyjątkowo wrażliwa na poezję - Miłosz mnie nudził, Herbert męczył, Szymborską i Leśmiana czasem akceptowałam, czasem nie, zazwyczaj jednak miałam ochotę uciec z lekcji gdy trzeba było rozbebeszać wiersze i doszukiwać się w nich miliarda ukrytych znaczeń. Jednak gdy widziałam Poświatowską - serce mięknie, łzy w oczach, a o cierpieniu podmiotu lirycznego mogłam słuchać 24/7. Dobrze, że nie było jej (i jej podobnych) w programie zbyt dużo.

Rozumiem, że poezja ma oddziaływać na czytelnika, ma poruszać serce, ale nie powinna tworzyć jednocześnie papki z mózgu. Nienawidzę Poświatowskiej i Świrszczyńskiej za to, że sprawiają, że czuję się jak gówno z powodu bycia samotną. Że wmawiają mi, że powinnam teraz leżeć w wannie z podciętymi żyłami albo snuć się jak cień i wypruwać sobie wnętrzności z żalu i rozpaczy. Że sensem życia jest związek - nie ważne czy szczęśliwy czy nie, a jak nie to nawet lepiej, bo można dalej pierdolić smuty. 

A najgorsze z tego wszystkiego jest fakt, że taką krzywdę kobietom robią - w przytłaczającej większości - same kobiety.

Jest tyle inspirujących silnych kobiet wokół, których warto słuchać i na których warto się wzorować - nie, poczytam ćpunkę z depresją, ona wie lepiej jak mam żyć i lepiej rozumie co czuję. No kurwa no, jak widzę takie zniewolone intelektualnie istotki to wzbiera we mnie agresja. Feministki powinny zająć się takimi amebami, a nie pierdoleniem o równości kobiet i mężczyzn, bo mając wśród siebie w/w organizmy to można walczyć o równość ale co najwyżej z trzodą chlewną. Kobiety - ogarnijcie się. 

01 marca 2015

Don't believe...

...everything you think.

Instagram to fajne miejsce. Pełne syfu i idiotycznych zdjęć, owszem, ale przy odrobinie wysiłku da się znaleźć wartościowe rzeczy. Jak na przykład konto @retreatguru na którym znalazłam zdjęcie, które mnie uderzyło. Dosłownie uderzyło, gdy przeczytałam ten tekst telefon wypadł mi z dłoni prosto na twarz.

Don't believe everything you think.

Mam za sobą czas czytania mądrych książek na temat samodoskonalenia, szukania szczęścia, radzenia sobie ze smutkiem itd itp i wszędzie tam podkreślano siłę własnych myśli. Tych pozytywnych, które napędzają i pozwalają stawić czoła najcięższym wyzwaniom, i tym negatywnym, które niszczą wszystko. To ja sama jestem swoim zarówno największym wrogiem jak i sprzymierzeńcem i to ode mnie zależy, kim będę.

Muszę przyznać, że ostatnio jestem raczej swoim wrogiem. Od kilku dni więcej u mnie tych głupich negatywnych myśli, które są - jak mi się wydawało: nieodłącznym elementem żywota każdego bezrobotnego. Jestem głupia. Niepotrzebna. Tracę czas, szukając pracy, której i tak nigdy nie dostanę. I w ten sposób, ze zwykłego problemu, z którym boryka się obecnie wiele osób, zrobiłam swoją osobistą, wyniszczającą psychicznie tragedię. Nie jest fajnie, owszem, ale zawsze mogło być gorzej - te myśli (jestem głupia, niepotrzebna i tak dalej) mogłyby być prawdziwe. Ale nie są! Jestem super bystra, super fajna i prędzej czy później ktoś da sobie szansę na poznanie mnie i wtedy puff! best employee in the whole universe.

Póki to nastąpi jestem skazana na swoje bezrobotne towarzystwo, w związku z czym, w ramach nowomiesięcznych postanowień: nie będę wierzyć we wszystkie głupie myśli, jakie sobie sama podsuwam*. W niektóre ok, nie można popadać w samozachwyt, trochę krytyki też się przyda. Ale jak mawiają - odpowiednie nastawienie to połowa sukcesu. Jestem więc na dobrej drodze.



* polecam w tym miejscu książki Beaty Pawlikowskiej z serii o kodach podświadomości. Czytałam je rok temu, ale jak widać moja podświadomość jest uparta i wyparła wszystkie mądrości, będę musiała je odświeżyć. Polecam.

26 lutego 2015

zdradliwy gen

W najnowszym Newsweeku (9/2015) opublikowano interesujący artykuł (jeden z wielu! Albo to ja dorastam, albo ten numer jest wyjątkowo udany, bo przeczytałam prawie wszystkie artykuły z dużym zainteresowaniem. Albo i to, i to.) o zdradzie. Autorka, powołując się na najnowsze badania amerykańskich naukowców, próbuje dowieść, że zdrada niekoniecznie jest efektem podłego, zgniłego charakteru i braku kręgosłupa moralnego i empatii. Za wszystko odpowiedzialne są bowiem geny!

Kocham amerykańskich naukowców. Cieszy mnie, że ludzie grzebią w najgłębszych zakamarkach ludzkich bebechów i próbują wyekstrahować z nich "pierwiastek wszechrzeczy", odpowiedzialny za tembr głosu podczas chrapania albo słabość do białej czekolady, co z pewnością wpływa na postęp nauki, ale hej, nie wszystko da się zwalić na geny. Albo raczej - nie powinniśmy doszukiwać się przyczyn dla wszystkich ludzkich zachowań w genach, bo doprowadzi to do sytuacji, w której ludzie przestaną poczuwać się do odpowiedzialności za swoje czyny "no bo takiego mnie bozia stworzyła". Wspomnieć warto, że doktor Lombroso swego czasu głosił tezę, że przestępcę poznać można po tzw. mordzie. Nie będę zaprzeczać, że i współcześnie w wielu przypadkach można by się z tą teorią zgodzić, patrząc na niektórych dzierżycieli maczet, ale większość przestępców nie zaprząta sobie głowy myśleniem o swojej fizjonomii, tylko idzie i popełnia.

Teoria o istnieniu genów, odpowiedzialnych za skłonność do zdrad burzy koncepcję człowieka jako istoty myślącej, posiadającej wolną wolę. Bo skoro posiadam gen, który predestynuje mnie do zdradzania partnera, to niezależnie co będę robić i jak - to i tak zdradzę. Więc posiadanie genów determinujących płeć żeńską skazuje mnie na bycie humorzastą zołzą?

Mam taką moją prywatną teorię (piszę to w dużym sekrecie, bo to jeszcze nieudowodnione naukowo, mogę się więc mylić) wedle której każdy człowiek wyposażony jest w mózg. W trakcie tzw. socjalizacji, od najmłodszych lat człowiek uczy się co jest dobre, a co złe, jak współżyć z innymi ludźmi, jak nimi manipulować, zdobywać ich sympatię i tak dalej, głównie poprzez obserwowanie i naśladowanie dużych ludzi. Jak już trochę podrośnie, to w mózgu robi się taka magia, dzięki której oprócz zapamiętywania i odtwarzania zachowań, zaczyna się także je oceniać, biorąc pod uwagę zdobytą wcześniej wiedzę o tym, co jest cacy a co jest be. I tak przez całe życie, człowiek korzystając ze zdobytej wiedzy i umiejętności, a po pewnym czasie i doświadczeń, współistnieje z innymi ludźmi. W moim założeniu człowiek, którego procesy poznawcze nie są w żaden sposób zaburzone i pozwalają mu na jasne wytyczanie granic między tym, co jest fajne i git, a tym co okrywa hańbą na pięć pokoleń wprzód, wie, że zdrada należy do tej drugiej grupy zachowań i w związku z tym jej po prostu nie uskutecznia. Proste.
A jak ktoś ma problem z gigantycznym popędem seksualnym, to można to naprawić korzystając z odkryć innych naukowców, tym razem z branży farmaceutycznej.

19 lutego 2015

?

We wczorajszej POLITYCE (nr 8) znaleźć można artykuł o potencjale reklamowym polskich skoczków. Tak przynajmniej wynika z początkowych akapitów tekstu, bowiem już na początku tekstu przeczytałam coś, co mnie zszokowało i zadziwiło i nie byłam w stanie czytać dalej. Muszę się podzielić moim zdziwieniem.

Druga kolumna: Stoch jest najlepszym polskim skoczkiem, więc może dostać najwięcej kasiorki od reklamodawców. Zdanie prawdziwe, nie ma co się zastanawiać. Dalej - w ubiegłym roku zarobił 1,5 mln PLN co w zestawieniu najlepiej zarabiających polskich sportowców ubiegłego roku (sporządzonym przez SE) plasuje go - i tutaj umarłam - na początku szóstej dziesiątki.

Co z tego wynika? Otóż wynika z tego, że mamy w Polsce co najmniej 51 sportowców, którzy w ubiegłym roku zarobili co najmniej 1,5 mln złotych. Jest to dla mnie szok, bo polskich sportowców, których bym posądziła o takie zarobki jest - wg mnie - może z dziesięciu, a że samych sportowców, którzy w ogóle zarabiają uprawianiem sportu i się o nich słyszy jest z pięćdziesięciu. 

Muszę w tym miejscu wytłumaczyć, że nie jestem wielkim kibicem sportowym, jak telewizja rzuci jakim ochłapem i pozwoli oglądać to obejrzę, czemu nie, nawet się wczuję i zestresuję, ucieszę albo częściej zasmucę. Wiem o co kaman w piłce nożnej (wiem że spalone mogą być nie tylko kotlety). Grałam swego czasu w siatkówkę i koszykówkę; bardzo podoba mi się piłka ręczna i ubolewam nad tym, że pani wuefistka w gimnazjum nie miała ikry, by poświęcić tej dyscyplinie więcej czasu.O zasadach rządzących polskim, czy też światowym, sportem wiem tyle, co mi powiedzą w telewizorni (czyli wiem piąte przez dziesiąte i że wszyscy to złodzieje i w ogóle ujnia). Kojarzę orłów Engela z Korei. Tak poza tym to raczej kicha.

/reklamy, przeglądam "złotą setkę" SE/

Okej, przejrzałam listę stu najlepiej zarabiających polskich sportowców w roku 2014. Jak można się było domyślić - większość to kopacze. Gratuluję, Polska wciąż jest mistrzem Polski. 

Zasmuciło mnie to zestawienie. Nie wiem czy można i czy w ogóle jest sens czynienia jakichkolwiek porównań między sportowcami różnych dyscyplin, czy to pod względem nakładów pracy, wysiłku i pieniędzy na szkolenie i treningi, ogólnie rozumianego talentu czy odnoszonych sukcesów, niemniej jednak czuję potrzebę wyrażenia głębokiego żalu, widząc zarobki pewnej biegaczki narciarskiej, pewnego skoczka narciarskiego i na przykład tenisistki w porównaniu do fortuny skasowanej w ubiegłym roku przez pewnego piłkarza. Bardzo mi to nie gra. Nie odmawiam talentu i ciężkiej pracy panu L., ale serio, 100 milionów? Czemu nie tryliard? Skąpiradła w tym Monachium siedzą.

07 lutego 2015

(w)ri(gh)t(er)

W obliczu nadchodzącej nieubłaganie klęski na polu zawodowym, postanowiłam zorganizować sobie jakieś zaplecze. Myślałam długo i intensywnie nad tym, co potrafię robić, z czego byłby/mógłby potencjalnie być zarobek i nie jestem jakoś specjalnie zachwycona spektrum swoich możliwości, ale dobrze wiedzieć, że coś tam mam w zanadrzu.

Umiem robić na drutach proste konstrukcje typu szalik (ścieg lewy i prawy) - mogłabym ustawić mały kramik w jakiejś przychodni i sprzedawać pacjentom, do kwietnia zima będzie trzymać więc szaliki jak znalazł. Umiem wykonywać proste zabiegi fryzjerskie, typu prostowanie włosów - umiem robić to bezboleśnie, co jest najwidoczniej sporym osiągnięciem. Dzidy "profesjonalistki", u których miałam nieprzyjemność czesać się kilka razy, zazwyczaj wyrywały mi połowę włosów z głowy podczas tego prostego zabiegu. Dobre hasło reklamowe i miałabym kolejki że ho. Posiadam też wysoko rozwinięty instynkt macierzyński, mogłabym więc opiekować się jakimś kotkiem albo pieskiem. Umiem robić też parę innych rzeczy, ale zostawię je na czarną godzinę (taniec w klubie gogo i bycie sekretarką).

Dopadł mnie jednak smutek. Nie po to studiowałam przez pięć lat prawo na najlepszym wydziale prawa w kraju (joł), żeby teraz dziergać szale i niańczyć jamniki. Wróciłam do punktu wyjścia.

Aż tu nagle olśnienie. Umiem pisać i lubię pisać! Najlepiej czuję się w lekkich formach, takich ja ta oto, blogaskowa, gdzie sama decyduję co napiszę, jak napiszę i czy w ogóle napiszę. Ale z takiego bełkotu piniądza nie będzie. Toteż - copywriting! 

Ciekawa jestem, jak to będzie. Przed chwilą urodziłam w bólach swojego pierwszego precla na temat wózków widłowych, jeszcze kilka w podobnej tematyce przede mną, więc myślę że do wieczora będę już specjalistką. Możliwe też, że zarobiłam swoje pierwsze 60 groszy brutto jako copywriter. Yay!

06 lutego 2015

o lęku

Oglądając ostatnio jutjuby natrafiłam na Good Mythical Morning o fobiach (came for the story, stayed for the beard). Odcinek ten zaintrygował mnie na tyle, że postanowiłam zadać sobie pytanie o moje fobie.

Łapię się z pewnością na arachnofobię (bleh fuj, pajączury a kysz). Nie ucieknę (już!) z dzikim krzykiem na widok domowego pająka (chociaż te krakowskie mutanty są absolutnie odrażające), ale przebywanie w jednym pomieszczeniu z pająkiem, którego widzę jest dla mnie co najmniej niekomfortowe i gdybym mogła swobodnie posługiwać się jakimś miotaczem ognia albo innym ustrojstwem pożogogennym o wystarczająco długiej rączce, to nie wahałabym się ani chwili. W sensie, że zastosowałabym toto w stosunku do (czy pająki to owady? nie chcę wchodzić na wiki, żeby się tego dowiedzieć, bo tam pewnie są zdjęcia) pająka. I każdej rzeczy z którą mógł mieć kontakt. Fuj.

Jednak fobią, która w największym stopniu upośledza moje życie jest dumasafobia. Dumasafobia, czyli śmiertelny lęk przed głupimi ludźmi. Boję się, że pewnego pięknego dnia poniosę śmierć z rąk jakiejś tępej dzidy. Albo z rąk własnych, bo nie będę w stanie dalej znosić ogromu otaczającej mnie głupoty. Przykładem głupich ludzi, którzy wzbudzają we mnie największy lęk są typy bezmózgów z problemem z alkoholem i syndromem kozaka, tj. "co mnie nie zabije to mnie wzmocni, hehe", często spotykany w wersji ostrej -nieuleczalnej, w której to osobnik posiada mylne przeświadczenie o swojej nieśmiertelności (bo umysł takiego osobnika nieskalany jest myślą o konsekwencjach).

Ciężko znaleźć definicję człowieka głupiego, która pozwalałaby w sposób skuteczny taką jednostkę zidentyfikować i wyeliminować ze społeczeństwa. Czasem głupi człowiek potrafi się dobrze maskować i udawać mądrego, aż tu pewnego dnia BAM! okazuje się, że to jednak debil (takie elementy najbardziej uprzykrzają życie). Każdy może więc być głupi (ja też bym mogła, ale nie jestem, obiecuję). Jednym z najlepszych narzędzi służących eliminacji jednostek wadliwych są mechanizmy reakcji karnej. Jeden z najlepszych, ale wciąż wadliwy, co niestety trzeba z żalem przyznać. Według mnie istnieje jednak możliwość obejścia tego problemu. Udałoby się to, gdyby zarówno wymiar sprawiedliwości jak i społeczeństwo (oczywiście ta mądrzejsza jego część) przełączyła się z myślenia o prawie karnym jako o mechanizmie odpłaty za uczynione zło czy eliminowania jednostek czyniących zło ze społeczeństwa, na myślenie o karze jako o sposobie humanitarnego, a jednocześnie społecznie opłacalnego piętnowania głupoty. Jak ktoś był na tyle głupi, że zrobił coś, co jest nie dość, że wyraźnie zakazane, to jeszcze zazwyczaj i moralnie naganne, ORAZ dał się złapać - do łagru z nim/nią (albo do kopalni - to by wyeliminowało problem nierentownych kopalni). Jak ktoś złamał prawo i nie dał się złapać - znaczy, że taki głupi jednak nie jest. Albo ma znajomości wśród innych głupich ludzi.

Ostatnio gdzieś wyczytałam (możliwe, że w komentarzach na wybiórczej pod artykułem o kryzysie w Wenezueli), że idiotów jest tak dużo, bo ludzie inteligentni używają prezerwatyw. Jest to konstatacja bardzo smutna i korzystając z autorytetu, który bez dwóch zdań posiadam, apeluję do moich mądrych, błyskotliwych i światłych czytelników - porzućcie antykoncepcję! Bo nas debile zdziesiątkują i trzeba będzie znowu zaczynać od zera w jaskiniach.

04 lutego 2015

partyzant-ja

Jestem złą joginką. Ćwiczę sobie tą ashtangę, ale tak właściwie to większość zasad i reguł praktykowania mam w poważaniu. Nie dlatego, że jestem prostą chamką ze wsi (którą jestem) i uważam, że jestem mądrzejsza od Mądrych, Którzy Stworzyli Jogę Dawno Dawno Temu (w sumie to czasem uważam), tylko dlatego, że... No właśnie, na każde odstępstwo od kanonu mam swoją wymówkę.

Ćwiczę ashtangę w soboty, przy pełni księżyca i w nowiu. Ktoś mi kiedyś mówił dlaczego nie powinno się ćwiczyć w te dni, ale oprócz bycia złą joginką jestem też kiepskim słuchaczem, który jak nie zanotuje to zapomni. Z pewnością wykluczenie tych dni z kalendarza praktyk ma jakiś głębszy sens, ale moje zbuntowane jogiczne "ja" nie lubi, gdy ktoś mu mówi kiedy może a kiedy nie może ćwiczyć. W styczniu przećwiczyłam więc każdą sobotę (fuck the police). Co do pełni i nowiu - bez jaj. O tym, że jest pełnia dowiaduję się, gdy próbuję usnąć a Łysy wali mi światłem prosto w twarz.

Nie mantruję przed rozpoczęciem. Z mantrą było u mnie różnie. Na kilku pierwszych zajęciach czułam się dziwnie i głupio, składając ręce do namaskary i słuchając, jak inni wyśpiewują coś w dziwnym języku. Nie jestem religijna i wszelkie formy wymuszania na mnie udziału w obrzędach i rytuałach budzą mój dziki wewnętrzny sprzeciw - tak też było w tym przypadku, stałam ze złożonymi jak do paciorka dłońmi i myślałam "dzizas, jakie głupie, skończta już". Jednakże! Po kilku zajęciach spodobało mi się to nawet i dołączyłam do wspólnej mantry. Nie znalazłam jednak w sobie na tyle zapału, żeby nauczyć się całej vande gurunam na pamięć, w związku z czym ją odpuszczam. Sorry, not sorry.

Opuszczam niewygodne pozycje/robię je po łebkach/dokładam fajne pozycje. To chyba najgorsze, co można robić. W założeniu ashtangę ćwiczy się wykonując pozycje danej serii w określonej kolejności. Seria pierwsza jest najłatwiejsza, stanowi podstawę i przygotowuje do bardziej zaawansowanej serii drugiej, która z kolei przygotowuje do serii trzeciej. Podobno jest jeszcze czwarta seria, ale polega chyba na wywróceniu się bebechami na wierzch - nie wiem co można wymyślić bardziej hardkorowego od trzeciej serii. Każda asana w serii jest w tym, a nie w innym miejscu, bo tak sobie ktoś uroił przygotowuje do kolejnej asany. Wypadałoby więc nie przechodzić do kolejnej pozycji, jeśli nie robi się poprzedniej w sposób perfekcyjny. Trzymając się tego założenia nie powinnam robić niczego więcej oprócz powitania słońca - moja chaturanga jest co najmniej żałosna. O dokładaniu fajnych pozycji już pisałam, ale powtórzę - robienie w kółko tego samego nudzi, przyzwyczaja, powszednieje. A ja lubię wyzwania, nawet jeśli ograniczają się do nieprzywalenia twarzą w podłogę.

O jodze i całym tym jogicznym majdanku wiem mało. Praktycznie nic. Nie odczułam w sobie jeszcze potrzeby zagłębienia się w dzieła Sri Patta-jakiegośtam Jois czy Iyengara (chociaż mój zbiór jogicznych książek jest imponujący, nie wiem czy byłabym w stanie to wszystko przeczytać w rok intensywnych studiów). Nie znam sanskrytu i nie wiem jak nazywa się większość pozycji - nienawidzę uczyć się na pamięć, jak coś zapamiętam, to pamiętam na zawsze, jak nie - trudno, może innym razem.

I największe moje jogiczne przewinienie - nie wciskam swoich jogowych fotek na fejsa/insta/twittera/tumblra/grindra/nigdzie. Ćwiczę dla siebie, co chyba nie jest zbyt popularne ostatnio. Prawda, że rejestruję na endziu wszystkie moje jogowe sesje - robię to po to żeby kontrolować kiedy ćwiczę i jak długo. I mieć radochę gdy widzę, że potrafię robić coś systematycznie. Bo najfajniejszą zasadą jogi, którą wzięłam sobie do serca nie tylko na macie, ale i w życiu, jest systematyczność. Każde rozwinięcie maty to dla mnie wysiłek. Moja podświadomość buntuje się i nie chce systematyczności, bo przez ponad 24 lata rozhasała się jak dziadowski bicz i w dupie ma harmonogramy. Ale walczę. I próbuję zachować odrobinę dyscypliny w tej jogicznej partyzantce.

31 stycznia 2015

There is a crack in everything

Nic tak nie pozwala docenić uroków życia jak poranek po dniu agonii spowodowanej migreną. Próbowałam być kozakiem i nie brać tabletki (drugiej tego dnia, bo pierwsza nie zadziałała), ale o piątej rano stwierdziłam, że prędzej poderżnę sobie gardło nożem obiadowym niż ten ból minie samodzielnie. Po tych trzech godzinach, które przespałam niemęczona bólem głowy, czuję się bardziej wypoczęta niż po ośmiu w zwykły dzień. Dzięki takim męczarniom potrafię docenić czas, kiedy nic mnie nie boli i mózg działa w miarę sprawnie. Dzisiejszy dzień mija więc pod znakiem radości i wdzięczności.


http://www.artmajeur.com/pl/art-gallery/paige-bradley/90017
autor: Paige Bradley

There's how the light gets in.

29 stycznia 2015

eye of the tiger

Dokładnie miesiąc temu kupiłam sobie w pewnej drogerii mazidło pod oczy. Producent obiecywał mi widoczne zmniejszenie cieni pod oczami już po 4 tygodniach stosowania i cośtam ze zmarszczkami. Prawdopodobnie ich zlikwidowanie. Nie wiem, nie ważne. Bardziej skusiła mnie obietnica WIDOCZNEGO zmniejszenia cieni i cena. Na półeczce dokładnie pod rządkiem tego mazidła pod oczy tego właśnie producenta znajdował się kolorowy kartonik krzyczący "kup mnie, cztery zyla! cztery zyla i będziesz piękna jak marzenie". Nie trzeba mnie długo przekonywać do zakupienia czegoś, co sprawi, że będę piękna jak marzenie a co kosztuje mniej niż 5 złotych. Za darmo! Kremik wylądował więc błyskawicznie w koszyku a ja radosna pomaszerowałam do kasy. Przy kasie jak zwykle rachunek sumienia ("nie no, to jest mi niezbędne, muszę to kupić, a to, no toooooooo to w szczególności. Z tego mogę zrezygnować. Nie, jednak nie, będę żałować, że nie kupiłam.") a następnie żal za grzechy. "STÓÓÓÓWA??? ZA CO??". Jak się okazało, moje czarodziejskie mazidło za cztery zyla wcale nie było za cztery, ino za trzydzieści. Ale cóż, nie wrócę się przecież i nie oddam kremu za trzydzieści złotych, bo za drogi, skoro dałam się w sklepie poznać jako wielka dama, co to w koszyku miała same kosztowności za minimum 15 zł. 

Tak więc oczekiwania wobec kremu pod oczy urosły, jak na krem za trzy dychy przystało. Minęły cztery tygodnie z hakiem i... no chyba jest lepiej, ale ciężko mi stwierdzić, bo nie mam materiału porównawczego. Tak, jestem psiocha, nie zrobiłam sobie fotki before. Ale wydaje mi się, że jest lepiej, bo nie wyglądam jak po ciężkiej chemoterapii, tylko jak zwykła dziewczyna po ciężkiej libacji. Jest postęp!

Nie będzie foci, będzie mjuzik. Fajny kawałek.


28 stycznia 2015

jeszcze nie czas na sen (pod brzozą)

Straszliwie zazdroszczę (w tej odmianie zazdrości jest ona nierozerwalnie połączona z nienawiścią) ludziom, którzy zasypiają od pierwszego strzału. Po prostu kładą się i na trzy-czte-ry już chrapią. Albo nie chrapią, ale już są nemo. Nie pamiętam, żebym ja tak kiedykolwiek miała (oprócz sytuacji, gdy jestem tak zmęczona, że mogę zasnąć na stojąco, ale to zupełnie co innego). Ostatnio mama mi opowiedziała historię z mej młodości, gdy mając z trzy latka potrafiłam zasnąć w wannie, bo cieplutko, milutko, oczy zamknięte i sru, nie ma dziecka. Teraz cierpię na przeokrutne problemy z zasypianiem. Kładę się, jak na grzeczne dziecko przystało, o 22, czasem o 23 i do 1, czasem 2 w nocy mogę tak sobie leżeć, liczyć owce, barany, lamy, koty cokolwiek, a i tak nic to nie daje. Umysł jest zwarty i gotowy do popychania pierdół w systemie all day, all night. Mam tak rozkręcony mózg po całym dniu, że nie jestem w stanie go wyciszyć. 

Wczoraj w nocy spróbowałam więc medytacji. Od miesiąca obiecuję sobie, że zacznę medytować - małe kroczki, po minutkę, dwie, byle przyzwyczaić mózg do ciszy. Chodząc na zajęcia jogi dwa lata temu do Pracowni Maćka Wieloboba na zakończenie zawsze 5-10 minut poświęcane było na wyciszenie i medytację. Podobało mi się to, ale jak to ze mną bywa, poza zajęciami medytacji nie próbowałam. Tak więc wczoraj po ponad dwóch latach myślałam, że mózg mi eksploduje. Tak się zmęczyłam niepodążaniem za żadną myślą, że puls ze standardowych 75 wzrósł chyba do 175 uderzeń na minutę. I raczej nie pomogło mi to w zaśnięciu, bo męczyłam się jeszcze z godzinę. 

Jak mawiają - wyśpię się po śmierci. Mam nadzieję.

25 stycznia 2015

I know nothing


Mam nadzieję, że bangla. Jak nie bangla to przeserdecznie polecam wersję tą, powinna grać. Od 3:06 zaczyna się "Black as the night", ale wcześniejsze zawodzenie też jest fajne.

Na piosenkę tą - w wersji unplugged - miałam szczęście trafić w jednym z najchujowszych momentów 2014 roku. Dała mi sporego kopa, chęć do życia i nadzieję, że będzie git. No i zrobiło się git! Może nie tak git jakbym chciała, ale powoluśku zmierzam w stronę Gittown. Dobrze działa, gdy morale w ustroju niskie.
Polecam.

22 stycznia 2015

19 stycznia 2015

blue monday

dzisiaj blue monday, czyli najbardziej depresyjny dzień w roku! zgadzałoby się, bo kilka osób, z którymi miałam dzisiaj do czynienia miało ostry ścisk macicy (co ciekawe - nie posiadając jej). ulubiony dzień malkontentów, narzekaczy i wszelkiej maści cipek, bo tego dnia ich niedojebstwo jest powszechnie akceptowane i tolerowane, "bo przecież dzisiaj najbardziej depresyjny dzień w roku!". nie kurwa, nie ma co dawać nakładać sobie do głowy głupot, że z okazji tego dnia można zachowywać się jak kutas. trzeba ogarnąć dupę i do przodu. ja, dla naprzykładu, czułam się totalnie z dupy, przytępiona, ospała i ciągle głodna, ale wzięłam się w garść, zrobiłam jogę (czuję, że jeszcze z miesiąc i będę robić cuda na kiju) (bez kija) i voila, jestem teraz zwarta i gotowa do nauki przez kolejnych 6 godzin.

a na deser jedyny słuszny remix blu mandeja.

17 stycznia 2015

Eh endzio...

Endzio jak zwykle miał spore problemy z odmierzaniem mi czasu podczas jogi, ale dzisiaj przeszedł (dosłownie) samego siebie. Leżąc na podłodze przez godzinę udało mu się pokonać ponad 100 metrów. Odwiedził sąsiadów po drugiej stronie ulicy. Śmisznie, ale jak ja mam mu teraz uwierzyć podczas biegania? 

15 stycznia 2015

twarzodłoń II

ta książka jest tak zła!! co za tępa krowa ją napisała. rozumiem ideę fikcji literackiej i swobody wypisywania bzdur i ich późniejszego publikowania, ale do kurwy nędzy - NIE.

dotarłam do momentu, w którym główna mówi głównemu, że jest dziewicą. on jest napalony dziko i chce się pieprzyć a tu taki problem powstał. namawia ją więc do seksu (przepraszam - do "kochania się". kurwa, jak można tak brukać to słowo...) a gdy ona się zgadza mówi jej, że jest dzielną, młodą kobietą i że ją podziwia (sic!!!!!!). bardzo nie podoba mi się uprzedmiotawianie kobiet (no, facetów też) i pokazywanie, że poniżanie się dla i przed facetem (facetką) jest super git, a to że ktoś godzi się na seks jest powodem do podziwu i pochwał. no ja pierdole. ja jestem bystra i wiem, że to nie tak, ale niech przeczyta to jakaś tępa picza i sobie nakładzie bzdur do głowy... już wystarczająco disney krzywdzi młode dziewczyny, nie potrzeba im kolejnej dawki bullshitu związanego z relacjami damsko-męskimi. jestem zbulwersowana.

twarzodłoń

czytam "pięćdziesiąt twarzy greya". tak, uf, udało mi się w końcu to wstydliwe wyznanie wyrzucić z siebie. czytam, bo zobaczyłam, kto będzie greyem w filmie i stwierdziłam, że kij z tym, wyobrażając sobie tego gościa jako greya może dam radę przez to dzieło przebrnąć. no więc czytam.

nie jest póki co źle, czyta się szybko, w miarę bezboleśnie. wszelkie braki i niezgrabności fabuły nadrabia boska morda dżejmiego, którą moja chora wyobraźnia mi podsuwa. btw - jak można być tak przystojnym, cholera no. czytam więc sobie, strona za stroną, aż docieram do rozdziału czwartego. i tekst greya "trzymaj się ode mnie z daleka, nie jestem mężczyzną dla ciebie"... dawno, ale to dawno nie czułam takiego zażenowania czytając książkę. ten tekst jest tak bardzo z dupy, że aż mnie twarz boli (facepalm roku, bez kitu). ja rozumiem, że trzeba trochę dramatyzmu wprowadzić bo się robi rzygogennie miło, ale dlaczego kobieta poszła w tak gęsty, niestrawny patos? na pewno można było to jakoś zgrabniej ująć, bardziej życiowo, na przykład "chcę cię tylko wyruchać" albo grzeczniej "nic z tego nie będzie, bejbe, bo jestem niedorozwojem emocjonalnym i nie chcę się wiązać". cokolwiek.

no nic, chwila minie, zanim czoło przestanie boleć.

14 stycznia 2015

aszt

ahhh jaką dobrą jogę miałam właśnie, no przedobrą. zupełnie wbrew biologii, fizyce, zdrowemu rozsądkowi i katechizmowi kościoła katolickiego po godzinie robienia pompek i fikuśnych fikołków wciąż miałam siłę na kolejną wymyślną pompkę z fikołkiem i zrobienie takiego czegoś w staniu na głowie czego nie jestem w stanie opisać, ale co daaawno chciałam zrobić. jestem w szoku. żadne 'pic or it didn't happen' bo niestety nie wpadłam na to, żeby włączyć kamerkę w lapie, ale widzę, że trzeba do tej sympatycznej tradycji wrócić. albo nie, bo będę musiała się ubierać do jogi, a joga w ciuchach jest słaba. nieważne.

prawdą jest, że trzeba sobie urozmaicać życie, bo inaczej rutyna nas zeżre. to samo tyczy się jogi, szczególnie ashtangi, która składa się z serii asan, które należy wykonywać w określonej kolejności. robiąc to samo przez x czasu, traci się fun. mięśnie przyzwyczajają się do określonych ruchów i kuniec, idą jak kuń, na pamięć. a dzisiaj zdziwko, bo postanowiłam wypróbować coś innego. i od razu widać zmianę. muszę się z jakimś joginem zaprzyjaźnić, który by mi pokazał więcej fajnej ashtangi, bo jutjub już mi nie wystarcza, a samemu eksperymentować trochę strach, nie chcę złamać sobie głowy. [note to self: dopisać 'poderwanie jogina' do listy 'rzeczy do zrobienia'.]

ale w sumie to kręgosłup trochę boli, dostał wycisk w tym staniu na głowie.

13 stycznia 2015

Hai

We meet again, my running shoes! Wiatr chce urwać głowę.


Najfatalniejsze zdjęcie ever, ale pokazuje jak niestyczniowy styczeń mamy w tym roku. Jakby taka pogoda utrzymała się przez resztę zimy to może nawet udałoby mi się ogarnąć na jakiś kwietniowy półmaraton? Byłoby przegit.

12 stycznia 2015

awokadzia zemsta

kiedyś myślałam sobie, że fajnie byłoby wprowadzić do swojej diety więcej jogi i ajurwedy. typu więcej owoców i warzyw, różnych kasz, przyprawiania potraw naturalnymi przyprawami a nie gotowymi mieszankami z glutaminianem itd itp. póki co odnoszę spektakularną porażkę na tym polu i nie zapowiada się na jakąkolwiek poprawę po tym, co dzisiaj mam okazję przeżywać.

awokado. taka gruszka, ale z gigantyczną pestką w środku i o beznadziejnie mdłym smaku. mader kupiła takowe ustrojstwo kiedyśtam, a że w końcu dojrzało wypadało go przepoczwarzyć w jedzenie. 

pozwolę sobie w tym miejscu na małe wtrącenie - jeśli w przepisie jest napisane: dodaj do wiadra makaronu małe awokado, kilo soli, pieprzu, i wszystkich-przypraw-jakie-masz-w-zasięgu-ręki-żeby-nadać-tej-smutnej,-brejowatej-awokadziej-masie-jakiś-smak oraz szpinak, to wydaje mi się, że oprócz awokado, szczypty soli i pieprzu warto również dodać do tego makaronu pozostałe przyprawy i szpinak. no ale to taka tylko moja luźna uwaga na marginesie.

tymże sposobem ustrojstwo awokadzie zostało unicestwione. niestety, przepoczwarzone awokado po trzech godzinach od spożycia wciąż siedzi ugrząźnięte w moim biednym przełyku. dawno nie jadłam niczego, co tak bardzo by mi nie smakowało i tak bardzo nie chciało się strawić, nie pozwalając tym samym na jogę (joga i pełny żołądek to złe zło). istnieje możliwość, że gdyby dodać do tego ten nieszczęsny szpinak i przyprawy, byłoby lepsze. nie wiem, czy będę miała ochotę sprawdzić. czuję się spożywczo nieszczęśliwa.

10 stycznia 2015

dream big

nie dość, że fatalnie ostatnio sypiam (jak już uda mi się zasnąć) to jeszcze mam super zryte sny. dzisiejszej nocy na przykład obudziłam się zapłakana, bo śniło mi się, że łażąc po krakowie (nie wiem skąd wiem, że to kraków, bo krakowa nijak to nie przypominało) z jakimś bliżej nieokreślonym chłopakiem (nie pamiętam twarzy) w bliżej nieokreślonym celu weszłam przez okno do jakiejś kamienicy. jak się okazało, w pokoju w którym wylądowałam znajdowało się rodzeństwo chłopaka z którym łaziłam. dużo rodzeństwa. chłopak napisał list z podziękowaniami dla kogoś, kto przysłał im prezenty z okazji świąt, a ja wielce hojna zaofiarowałam, że ten list wyślę i sama za niego zapłacę (dobroczyńca roku, dżizas...), na co jakieś małe chłopaczątko postanowiło pokazać mi prezent jaki dostało. prezentem tym była apteczka. dzieciątko powiedziało "chcę zostać lekarzem" czy "dzięki temu będę mógł zostać lekarzem", na co ja we śnie zareagowałam dzikim szlochem. mam nadzieję, że w rzeczywistości nie szlochałam tak głośno jak we śnie, ale faktem jest, że obudziłam się czując łzy na mordzie. kurwa, co się dzieje. jeśli to, co nam się śni stanowi odzwierciedlenie tego, co dzieje się w naszej podświadomości, to moja podświadomość jest chora. i potrzebuje lekarza... hm. miałoby to sens. zabawnie.

09 stycznia 2015

tego się trzymam

Trzeba mieć wrażliwość księżniczki i wytrzymałość kurwy. Tego się trzymam.
Anna Dymna



Podrasowałabym to trochę i rzuciła na udko.

07 stycznia 2015

petits plaisirs

to strasznie płytkie z mojej strony, ale dawno nie miałam takiej radochy jak teraz, patrząc na TO. i słuchając TEGO. i robiąc TO (no, powiedzmy, że tak to wygląda w moim wykonaniu. z pewnością kiedyś będzie. cudownie otwiera klatkę piersiową!).

poza tym jest git. chyba faktycznie od jogi pierdoli się w głowie, bo dawno nie miałam tak dobrego humoru i z takim optymizmem i niecierpliwością nie czekałam na jutro. i chyba zaczynam wierzyć w to, co napisałam 31 grudnia - będzie dobrze.

06 stycznia 2015

st.anger

jak tak dalej pójdzie, to do cv zacznę załączać zdjęcie moich pośladków (są boskie, serio). kurwa no.

05 stycznia 2015

spęd vol. 1

ale bida, jak to mawiać zwykła moja babcia. bida z nyndzą. najlepszym sposobem na biedę jest jej pogłębienie, poprzez zaplanowanie wydatków na najbliższych dwanaście miesięcy! (dla niezorientowanych: rok). lubię pogłębiać moją bidę, to takie oczyszczające.

pierwsza tegoroczna edycja pogłębiania biedy tyczy się biegania. a dokładnie - komu dam pieniądze za wytyczenie taśmą trasy po której już milion razy biegłam, kubeczek przeterminowanego izotonika i za dużą koszulkę. w czternastym wzięłam udział w jednym takim zorganizowanym spędzie biegaczy. średnio mi się podobało szczerze mówiąc i na kilka miesięcy wyleczyłam się z potrzeby biegania w stadzie (epizody z night runnersami się nie liczą!) ale teraz czuję, że mam moc w kopytkach i odpowiednie nastawienie (for fun) dlatego też może być git. poza tym trzeba inwestować w siebie, nie?

mam już na oku kilka 10k - opcja finansowo osiągalna, biegowo ambitna, ale jak najbardziej wykonalna przy spięciu pośladów. odrobinę gorzej biegowo z kolejną opcją (bo finansowo jeden kij - za taśmę i tak liczą od łebka jakby chcieli pół Polski nią obwiązać czy to na 5k czy maratonie). w tym roku chcę otóż bowiem przebiec półmaraton. a właściwie: chcę przebiec 22 kilometry i przeżyć, najlepiej jednocześnie. i może też niekoniecznie "przebiec" - dopuszczam opcje "doczołgania się" i "dopełznięcia". ważne żeby się przemieszczać w miarę samodzielnie. fajną okazją do tego byłby właśnie jakiś półmaraton (dużo upoconych i naendorfinowanych ludzi, pamiątkowa koszulka i medal!). póki co dumam nad Wrocławiem i Krakowem. 1:0 dla Wrocławia, bo bieganie po Krakowie już mnie znudziło; wyrównuje Kraków, bo jest w paździu i na bank się przygotuję, a Wrocław w czerwcu i może być różnie. na chwilę obecną jednak 2:1 dla Krakowa, bo w Kraku mam potencjalnie gdzie kimać. czasu jeszcze trochę jest, może się zdecyduję.

a jak nie zdecyduję/bida sięgnie niepogłębialnych granic to zawsze pozostaje opcja pt. "biegam sama za darmoszkę bo jestem kobietą niezależną" z obowiązkowym rzuceniem skrinem z endzia w twarz ludziom na fejsie. fejm się zgadza, hajs na plus - genjush.

02 stycznia 2015

अर्ध बद्ध पद्म पश्चिमोत्तानासन


nad słabością w takiej postaci pracowałabym dłuuuugo.

to wcale nie brzmiało dwuznacznie.

01 stycznia 2015

Fuck yes!

Ale dobry artykuł przeczytałam. Przedobry. O tym jak nie zadowalać się byle czym. Właściwie o identyfikowaniu czego się chce - bo w tym najczęściej tkwi problem - co stanowi punkt wyjścia dla podejmowania konstruktywnych decyzji. Na nowy rok przydatne jak w mordę strzelił! Lubię to.