Jestem złą joginką. Ćwiczę sobie tą ashtangę, ale tak właściwie to większość zasad i reguł praktykowania mam w poważaniu. Nie dlatego, że jestem prostą chamką ze wsi (którą jestem) i uważam, że jestem mądrzejsza od Mądrych, Którzy Stworzyli Jogę Dawno Dawno Temu (w sumie to czasem uważam), tylko dlatego, że... No właśnie, na każde odstępstwo od kanonu mam swoją wymówkę.
Ćwiczę ashtangę w soboty, przy pełni księżyca i w nowiu. Ktoś mi kiedyś mówił dlaczego nie powinno się ćwiczyć w te dni, ale oprócz bycia złą joginką jestem też kiepskim słuchaczem, który jak nie zanotuje to zapomni. Z pewnością wykluczenie tych dni z kalendarza praktyk ma jakiś głębszy sens, ale moje zbuntowane jogiczne "ja" nie lubi, gdy ktoś mu mówi kiedy może a kiedy nie może ćwiczyć. W styczniu przećwiczyłam więc każdą sobotę (fuck the police). Co do pełni i nowiu - bez jaj. O tym, że jest pełnia dowiaduję się, gdy próbuję usnąć a Łysy wali mi światłem prosto w twarz.
Nie mantruję przed rozpoczęciem. Z mantrą było u mnie różnie. Na kilku pierwszych zajęciach czułam się dziwnie i głupio, składając ręce do namaskary i słuchając, jak inni wyśpiewują coś w dziwnym języku. Nie jestem religijna i wszelkie formy wymuszania na mnie udziału w obrzędach i rytuałach budzą mój dziki wewnętrzny sprzeciw - tak też było w tym przypadku, stałam ze złożonymi jak do paciorka dłońmi i myślałam "dzizas, jakie głupie, skończta już". Jednakże! Po kilku zajęciach spodobało mi się to nawet i dołączyłam do wspólnej mantry. Nie znalazłam jednak w sobie na tyle zapału, żeby nauczyć się całej vande gurunam na pamięć, w związku z czym ją odpuszczam. Sorry, not sorry.
Opuszczam niewygodne pozycje/robię je po łebkach/dokładam fajne pozycje. To chyba najgorsze, co można robić. W założeniu ashtangę ćwiczy się wykonując pozycje danej serii w określonej kolejności. Seria pierwsza jest najłatwiejsza, stanowi podstawę i przygotowuje do bardziej zaawansowanej serii drugiej, która z kolei przygotowuje do serii trzeciej. Podobno jest jeszcze czwarta seria, ale polega chyba na wywróceniu się bebechami na wierzch - nie wiem co można wymyślić bardziej hardkorowego od trzeciej serii. Każda asana w serii jest w tym, a nie w innym miejscu, bo tak sobie ktoś uroił przygotowuje do kolejnej asany. Wypadałoby więc nie przechodzić do kolejnej pozycji, jeśli nie robi się poprzedniej w sposób perfekcyjny. Trzymając się tego założenia nie powinnam robić niczego więcej oprócz powitania słońca - moja chaturanga jest co najmniej żałosna. O dokładaniu fajnych pozycji już pisałam, ale powtórzę - robienie w kółko tego samego nudzi, przyzwyczaja, powszednieje. A ja lubię wyzwania, nawet jeśli ograniczają się do nieprzywalenia twarzą w podłogę.
O jodze i całym tym jogicznym majdanku wiem mało. Praktycznie nic. Nie odczułam w sobie jeszcze potrzeby zagłębienia się w dzieła Sri Patta-jakiegośtam Jois czy Iyengara (chociaż mój zbiór jogicznych książek jest imponujący, nie wiem czy byłabym w stanie to wszystko przeczytać w rok intensywnych studiów). Nie znam sanskrytu i nie wiem jak nazywa się większość pozycji - nienawidzę uczyć się na pamięć, jak coś zapamiętam, to pamiętam na zawsze, jak nie - trudno, może innym razem.
I największe moje jogiczne przewinienie - nie wciskam swoich jogowych fotek na fejsa/insta/twittera/tumblra/grindra/nigdzie. Ćwiczę dla siebie, co chyba nie jest zbyt popularne ostatnio. Prawda, że rejestruję na endziu wszystkie moje jogowe sesje - robię to po to żeby kontrolować kiedy ćwiczę i jak długo. I mieć radochę gdy widzę, że potrafię robić coś systematycznie. Bo najfajniejszą zasadą jogi, którą wzięłam sobie do serca nie tylko na macie, ale i w życiu, jest systematyczność. Każde rozwinięcie maty to dla mnie wysiłek. Moja podświadomość buntuje się i nie chce systematyczności, bo przez ponad 24 lata rozhasała się jak dziadowski bicz i w dupie ma harmonogramy. Ale walczę. I próbuję zachować odrobinę dyscypliny w tej jogicznej partyzantce.