07 lutego 2015

(w)ri(gh)t(er)

W obliczu nadchodzącej nieubłaganie klęski na polu zawodowym, postanowiłam zorganizować sobie jakieś zaplecze. Myślałam długo i intensywnie nad tym, co potrafię robić, z czego byłby/mógłby potencjalnie być zarobek i nie jestem jakoś specjalnie zachwycona spektrum swoich możliwości, ale dobrze wiedzieć, że coś tam mam w zanadrzu.

Umiem robić na drutach proste konstrukcje typu szalik (ścieg lewy i prawy) - mogłabym ustawić mały kramik w jakiejś przychodni i sprzedawać pacjentom, do kwietnia zima będzie trzymać więc szaliki jak znalazł. Umiem wykonywać proste zabiegi fryzjerskie, typu prostowanie włosów - umiem robić to bezboleśnie, co jest najwidoczniej sporym osiągnięciem. Dzidy "profesjonalistki", u których miałam nieprzyjemność czesać się kilka razy, zazwyczaj wyrywały mi połowę włosów z głowy podczas tego prostego zabiegu. Dobre hasło reklamowe i miałabym kolejki że ho. Posiadam też wysoko rozwinięty instynkt macierzyński, mogłabym więc opiekować się jakimś kotkiem albo pieskiem. Umiem robić też parę innych rzeczy, ale zostawię je na czarną godzinę (taniec w klubie gogo i bycie sekretarką).

Dopadł mnie jednak smutek. Nie po to studiowałam przez pięć lat prawo na najlepszym wydziale prawa w kraju (joł), żeby teraz dziergać szale i niańczyć jamniki. Wróciłam do punktu wyjścia.

Aż tu nagle olśnienie. Umiem pisać i lubię pisać! Najlepiej czuję się w lekkich formach, takich ja ta oto, blogaskowa, gdzie sama decyduję co napiszę, jak napiszę i czy w ogóle napiszę. Ale z takiego bełkotu piniądza nie będzie. Toteż - copywriting! 

Ciekawa jestem, jak to będzie. Przed chwilą urodziłam w bólach swojego pierwszego precla na temat wózków widłowych, jeszcze kilka w podobnej tematyce przede mną, więc myślę że do wieczora będę już specjalistką. Możliwe też, że zarobiłam swoje pierwsze 60 groszy brutto jako copywriter. Yay!

Brak komentarzy: