ahhh jaką dobrą jogę miałam właśnie, no przedobrą. zupełnie wbrew biologii, fizyce, zdrowemu rozsądkowi i katechizmowi kościoła katolickiego po godzinie robienia pompek i fikuśnych fikołków wciąż miałam siłę na kolejną wymyślną pompkę z fikołkiem i zrobienie takiego czegoś w staniu na głowie czego nie jestem w stanie opisać, ale co daaawno chciałam zrobić. jestem w szoku. żadne 'pic or it didn't happen' bo niestety nie wpadłam na to, żeby włączyć kamerkę w lapie, ale widzę, że trzeba do tej sympatycznej tradycji wrócić. albo nie, bo będę musiała się ubierać do jogi, a joga w ciuchach jest słaba. nieważne.
prawdą jest, że trzeba sobie urozmaicać życie, bo inaczej rutyna nas zeżre. to samo tyczy się jogi, szczególnie ashtangi, która składa się z serii asan, które należy wykonywać w określonej kolejności. robiąc to samo przez x czasu, traci się fun. mięśnie przyzwyczajają się do określonych ruchów i kuniec, idą jak kuń, na pamięć. a dzisiaj zdziwko, bo postanowiłam wypróbować coś innego. i od razu widać zmianę. muszę się z jakimś joginem zaprzyjaźnić, który by mi pokazał więcej fajnej ashtangi, bo jutjub już mi nie wystarcza, a samemu eksperymentować trochę strach, nie chcę złamać sobie głowy. [note to self: dopisać 'poderwanie jogina' do listy 'rzeczy do zrobienia'.]
ale w sumie to kręgosłup trochę boli, dostał wycisk w tym staniu na głowie.