29 stycznia 2015

eye of the tiger

Dokładnie miesiąc temu kupiłam sobie w pewnej drogerii mazidło pod oczy. Producent obiecywał mi widoczne zmniejszenie cieni pod oczami już po 4 tygodniach stosowania i cośtam ze zmarszczkami. Prawdopodobnie ich zlikwidowanie. Nie wiem, nie ważne. Bardziej skusiła mnie obietnica WIDOCZNEGO zmniejszenia cieni i cena. Na półeczce dokładnie pod rządkiem tego mazidła pod oczy tego właśnie producenta znajdował się kolorowy kartonik krzyczący "kup mnie, cztery zyla! cztery zyla i będziesz piękna jak marzenie". Nie trzeba mnie długo przekonywać do zakupienia czegoś, co sprawi, że będę piękna jak marzenie a co kosztuje mniej niż 5 złotych. Za darmo! Kremik wylądował więc błyskawicznie w koszyku a ja radosna pomaszerowałam do kasy. Przy kasie jak zwykle rachunek sumienia ("nie no, to jest mi niezbędne, muszę to kupić, a to, no toooooooo to w szczególności. Z tego mogę zrezygnować. Nie, jednak nie, będę żałować, że nie kupiłam.") a następnie żal za grzechy. "STÓÓÓÓWA??? ZA CO??". Jak się okazało, moje czarodziejskie mazidło za cztery zyla wcale nie było za cztery, ino za trzydzieści. Ale cóż, nie wrócę się przecież i nie oddam kremu za trzydzieści złotych, bo za drogi, skoro dałam się w sklepie poznać jako wielka dama, co to w koszyku miała same kosztowności za minimum 15 zł. 

Tak więc oczekiwania wobec kremu pod oczy urosły, jak na krem za trzy dychy przystało. Minęły cztery tygodnie z hakiem i... no chyba jest lepiej, ale ciężko mi stwierdzić, bo nie mam materiału porównawczego. Tak, jestem psiocha, nie zrobiłam sobie fotki before. Ale wydaje mi się, że jest lepiej, bo nie wyglądam jak po ciężkiej chemoterapii, tylko jak zwykła dziewczyna po ciężkiej libacji. Jest postęp!

Nie będzie foci, będzie mjuzik. Fajny kawałek.