czytam "pięćdziesiąt twarzy greya". tak, uf, udało mi się w końcu to wstydliwe wyznanie wyrzucić z siebie. czytam, bo zobaczyłam, kto będzie greyem w filmie i stwierdziłam, że kij z tym, wyobrażając sobie tego gościa jako greya może dam radę przez to dzieło przebrnąć. no więc czytam.
nie jest póki co źle, czyta się szybko, w miarę bezboleśnie. wszelkie braki i niezgrabności fabuły nadrabia boska morda dżejmiego, którą moja chora wyobraźnia mi podsuwa. btw - jak można być tak przystojnym, cholera no. czytam więc sobie, strona za stroną, aż docieram do rozdziału czwartego. i tekst greya "trzymaj się ode mnie z daleka, nie jestem mężczyzną dla ciebie"... dawno, ale to dawno nie czułam takiego zażenowania czytając książkę. ten tekst jest tak bardzo z dupy, że aż mnie twarz boli (facepalm roku, bez kitu). ja rozumiem, że trzeba trochę dramatyzmu wprowadzić bo się robi rzygogennie miło, ale dlaczego kobieta poszła w tak gęsty, niestrawny patos? na pewno można było to jakoś zgrabniej ująć, bardziej życiowo, na przykład "chcę cię tylko wyruchać" albo grzeczniej "nic z tego nie będzie, bejbe, bo jestem niedorozwojem emocjonalnym i nie chcę się wiązać". cokolwiek.
no nic, chwila minie, zanim czoło przestanie boleć.