kiedyś myślałam sobie, że fajnie byłoby wprowadzić do swojej diety więcej jogi i ajurwedy. typu więcej owoców i warzyw, różnych kasz, przyprawiania potraw naturalnymi przyprawami a nie gotowymi mieszankami z glutaminianem itd itp. póki co odnoszę spektakularną porażkę na tym polu i nie zapowiada się na jakąkolwiek poprawę po tym, co dzisiaj mam okazję przeżywać.
awokado. taka gruszka, ale z gigantyczną pestką w środku i o beznadziejnie mdłym smaku. mader kupiła takowe ustrojstwo kiedyśtam, a że w końcu dojrzało wypadało go przepoczwarzyć w jedzenie.
pozwolę sobie w tym miejscu na małe wtrącenie - jeśli w przepisie jest napisane: dodaj do wiadra makaronu małe awokado, kilo soli, pieprzu, i wszystkich-przypraw-jakie-masz-w-zasięgu-ręki-żeby-nadać-tej-smutnej,-brejowatej-awokadziej-masie-jakiś-smak oraz szpinak, to wydaje mi się, że oprócz awokado, szczypty soli i pieprzu warto również dodać do tego makaronu pozostałe przyprawy i szpinak. no ale to taka tylko moja luźna uwaga na marginesie.
tymże sposobem ustrojstwo awokadzie zostało unicestwione. niestety, przepoczwarzone awokado po trzech godzinach od spożycia wciąż siedzi ugrząźnięte w moim biednym przełyku. dawno nie jadłam niczego, co tak bardzo by mi nie smakowało i tak bardzo nie chciało się strawić, nie pozwalając tym samym na jogę (joga i pełny żołądek to złe zło). istnieje możliwość, że gdyby dodać do tego ten nieszczęsny szpinak i przyprawy, byłoby lepsze. nie wiem, czy będę miała ochotę sprawdzić. czuję się spożywczo nieszczęśliwa.