10 września 2015

dieta ciut

Najgorzej. Człowiek (ja) chce zrobić coś ze swoim życiem i postanawia, korzystając z dobrodziejstw umowy o pracę w korpo i benefitów zeń płynących, że pójdzie do dietetyka. Chciałam zrzucić tłuszcza i nabyć mięśnia, i jak się okazało tego pierwszego jak na mą wątłą posturę mam zaskakująco dużo, a tego drugiego wyjątkowo mało. Jak już dietetyczka mówi, że jest zszokowana takim rozkładem, to faktycznie należy dziękować bogom wszelakim za to, że ta moja konstrukcja się w ogóle przemieszcza. Tak skonsultowana byłam pełna nadziei, że już gorzej być nie może i że ćwicząc na pakerni i jedząc jak mi babka każe będę za miesiąc super fit obmięśniona i odtłuszczona.

Nic bardziej mylnego.

Jak to w życiu zazwyczaj bywa (a zwłaszcza w moim), sprawa się rypła. Tydzień przed wyznaczonym terminem wizyty kontrolnej wskoczyłam sobie na wypasioną wagę żeby zobaczyć, jakie postępy poczyniłam. A postępy poczynione faktycznie zostały. Waga pokazała prawie kilogram więcej. Myślę sobie "ekstraśnie, mięśnie!". Nołp, tłuszczor. Nie dość, że przybyło mi tłuszcza, to mi jeszcze mięśni ubyło. Impossibru - wykrzyknęłam (w serduszku, bo byli ludzie nieopodal) i pomyślałam, że coś nie tak musi być z tą wagą, po przecież żrę te kurczaki i sery białe, pakuję na siłowni, halo no. Tłuszcza mogło faktycznie troszkę przybyć, bo za blisko mam do automatu z batonami w robocie, ale jakim cudem mięśnia ubyło?! Niet, waga wadliwa, hańba jej, jakiś grubas wcześniej musiał z niej korzystać i wyniki są wypaczone. A nawet jeśli są prawdziwne, to przez tydzień uda mi się chociaż troszkę je zmienić.

Dzisiaj kontrol. Wielki dzień, emocje itd. Waga (jako tonaż) tak samo jak miesiąc temu. Uf. Tłuszczoru więcej niż miesiąc temu, ale mniej niż tydzień temu. Uf. Mięśnia mniej niż miesiąc temu i - o zgrozo - mniej niż tydzień temu. Niedobsz. Nie jest to zachęcające, szczerze mówiąc, i bliżej mi w tym momencie mentalnie do Bridget Jones niż Forresta Gumpa. Nawiasem mówiąc to generalnie mentalnie nie jestem zbyt bliska Forrestowi G., żeby nie było. Ale zamiast biegać mam ochotę teraz żreć ciastki, o to chodzi. Więc dzisiaj ogłaszam dyspensę na (zdrowe?) diety i wchłaniam ciastki. Kolejne zalecenia żywieniowe od dietetyczki wprowadzę od jutra. Albo od poniedziałku. 

Brak komentarzy: