31 stycznia 2015

There is a crack in everything

Nic tak nie pozwala docenić uroków życia jak poranek po dniu agonii spowodowanej migreną. Próbowałam być kozakiem i nie brać tabletki (drugiej tego dnia, bo pierwsza nie zadziałała), ale o piątej rano stwierdziłam, że prędzej poderżnę sobie gardło nożem obiadowym niż ten ból minie samodzielnie. Po tych trzech godzinach, które przespałam niemęczona bólem głowy, czuję się bardziej wypoczęta niż po ośmiu w zwykły dzień. Dzięki takim męczarniom potrafię docenić czas, kiedy nic mnie nie boli i mózg działa w miarę sprawnie. Dzisiejszy dzień mija więc pod znakiem radości i wdzięczności.


http://www.artmajeur.com/pl/art-gallery/paige-bradley/90017
autor: Paige Bradley

There's how the light gets in.

29 stycznia 2015

eye of the tiger

Dokładnie miesiąc temu kupiłam sobie w pewnej drogerii mazidło pod oczy. Producent obiecywał mi widoczne zmniejszenie cieni pod oczami już po 4 tygodniach stosowania i cośtam ze zmarszczkami. Prawdopodobnie ich zlikwidowanie. Nie wiem, nie ważne. Bardziej skusiła mnie obietnica WIDOCZNEGO zmniejszenia cieni i cena. Na półeczce dokładnie pod rządkiem tego mazidła pod oczy tego właśnie producenta znajdował się kolorowy kartonik krzyczący "kup mnie, cztery zyla! cztery zyla i będziesz piękna jak marzenie". Nie trzeba mnie długo przekonywać do zakupienia czegoś, co sprawi, że będę piękna jak marzenie a co kosztuje mniej niż 5 złotych. Za darmo! Kremik wylądował więc błyskawicznie w koszyku a ja radosna pomaszerowałam do kasy. Przy kasie jak zwykle rachunek sumienia ("nie no, to jest mi niezbędne, muszę to kupić, a to, no toooooooo to w szczególności. Z tego mogę zrezygnować. Nie, jednak nie, będę żałować, że nie kupiłam.") a następnie żal za grzechy. "STÓÓÓÓWA??? ZA CO??". Jak się okazało, moje czarodziejskie mazidło za cztery zyla wcale nie było za cztery, ino za trzydzieści. Ale cóż, nie wrócę się przecież i nie oddam kremu za trzydzieści złotych, bo za drogi, skoro dałam się w sklepie poznać jako wielka dama, co to w koszyku miała same kosztowności za minimum 15 zł. 

Tak więc oczekiwania wobec kremu pod oczy urosły, jak na krem za trzy dychy przystało. Minęły cztery tygodnie z hakiem i... no chyba jest lepiej, ale ciężko mi stwierdzić, bo nie mam materiału porównawczego. Tak, jestem psiocha, nie zrobiłam sobie fotki before. Ale wydaje mi się, że jest lepiej, bo nie wyglądam jak po ciężkiej chemoterapii, tylko jak zwykła dziewczyna po ciężkiej libacji. Jest postęp!

Nie będzie foci, będzie mjuzik. Fajny kawałek.


28 stycznia 2015

jeszcze nie czas na sen (pod brzozą)

Straszliwie zazdroszczę (w tej odmianie zazdrości jest ona nierozerwalnie połączona z nienawiścią) ludziom, którzy zasypiają od pierwszego strzału. Po prostu kładą się i na trzy-czte-ry już chrapią. Albo nie chrapią, ale już są nemo. Nie pamiętam, żebym ja tak kiedykolwiek miała (oprócz sytuacji, gdy jestem tak zmęczona, że mogę zasnąć na stojąco, ale to zupełnie co innego). Ostatnio mama mi opowiedziała historię z mej młodości, gdy mając z trzy latka potrafiłam zasnąć w wannie, bo cieplutko, milutko, oczy zamknięte i sru, nie ma dziecka. Teraz cierpię na przeokrutne problemy z zasypianiem. Kładę się, jak na grzeczne dziecko przystało, o 22, czasem o 23 i do 1, czasem 2 w nocy mogę tak sobie leżeć, liczyć owce, barany, lamy, koty cokolwiek, a i tak nic to nie daje. Umysł jest zwarty i gotowy do popychania pierdół w systemie all day, all night. Mam tak rozkręcony mózg po całym dniu, że nie jestem w stanie go wyciszyć. 

Wczoraj w nocy spróbowałam więc medytacji. Od miesiąca obiecuję sobie, że zacznę medytować - małe kroczki, po minutkę, dwie, byle przyzwyczaić mózg do ciszy. Chodząc na zajęcia jogi dwa lata temu do Pracowni Maćka Wieloboba na zakończenie zawsze 5-10 minut poświęcane było na wyciszenie i medytację. Podobało mi się to, ale jak to ze mną bywa, poza zajęciami medytacji nie próbowałam. Tak więc wczoraj po ponad dwóch latach myślałam, że mózg mi eksploduje. Tak się zmęczyłam niepodążaniem za żadną myślą, że puls ze standardowych 75 wzrósł chyba do 175 uderzeń na minutę. I raczej nie pomogło mi to w zaśnięciu, bo męczyłam się jeszcze z godzinę. 

Jak mawiają - wyśpię się po śmierci. Mam nadzieję.

25 stycznia 2015

I know nothing


Mam nadzieję, że bangla. Jak nie bangla to przeserdecznie polecam wersję tą, powinna grać. Od 3:06 zaczyna się "Black as the night", ale wcześniejsze zawodzenie też jest fajne.

Na piosenkę tą - w wersji unplugged - miałam szczęście trafić w jednym z najchujowszych momentów 2014 roku. Dała mi sporego kopa, chęć do życia i nadzieję, że będzie git. No i zrobiło się git! Może nie tak git jakbym chciała, ale powoluśku zmierzam w stronę Gittown. Dobrze działa, gdy morale w ustroju niskie.
Polecam.

22 stycznia 2015

19 stycznia 2015

blue monday

dzisiaj blue monday, czyli najbardziej depresyjny dzień w roku! zgadzałoby się, bo kilka osób, z którymi miałam dzisiaj do czynienia miało ostry ścisk macicy (co ciekawe - nie posiadając jej). ulubiony dzień malkontentów, narzekaczy i wszelkiej maści cipek, bo tego dnia ich niedojebstwo jest powszechnie akceptowane i tolerowane, "bo przecież dzisiaj najbardziej depresyjny dzień w roku!". nie kurwa, nie ma co dawać nakładać sobie do głowy głupot, że z okazji tego dnia można zachowywać się jak kutas. trzeba ogarnąć dupę i do przodu. ja, dla naprzykładu, czułam się totalnie z dupy, przytępiona, ospała i ciągle głodna, ale wzięłam się w garść, zrobiłam jogę (czuję, że jeszcze z miesiąc i będę robić cuda na kiju) (bez kija) i voila, jestem teraz zwarta i gotowa do nauki przez kolejnych 6 godzin.

a na deser jedyny słuszny remix blu mandeja.

17 stycznia 2015

Eh endzio...

Endzio jak zwykle miał spore problemy z odmierzaniem mi czasu podczas jogi, ale dzisiaj przeszedł (dosłownie) samego siebie. Leżąc na podłodze przez godzinę udało mu się pokonać ponad 100 metrów. Odwiedził sąsiadów po drugiej stronie ulicy. Śmisznie, ale jak ja mam mu teraz uwierzyć podczas biegania? 

15 stycznia 2015

twarzodłoń II

ta książka jest tak zła!! co za tępa krowa ją napisała. rozumiem ideę fikcji literackiej i swobody wypisywania bzdur i ich późniejszego publikowania, ale do kurwy nędzy - NIE.

dotarłam do momentu, w którym główna mówi głównemu, że jest dziewicą. on jest napalony dziko i chce się pieprzyć a tu taki problem powstał. namawia ją więc do seksu (przepraszam - do "kochania się". kurwa, jak można tak brukać to słowo...) a gdy ona się zgadza mówi jej, że jest dzielną, młodą kobietą i że ją podziwia (sic!!!!!!). bardzo nie podoba mi się uprzedmiotawianie kobiet (no, facetów też) i pokazywanie, że poniżanie się dla i przed facetem (facetką) jest super git, a to że ktoś godzi się na seks jest powodem do podziwu i pochwał. no ja pierdole. ja jestem bystra i wiem, że to nie tak, ale niech przeczyta to jakaś tępa picza i sobie nakładzie bzdur do głowy... już wystarczająco disney krzywdzi młode dziewczyny, nie potrzeba im kolejnej dawki bullshitu związanego z relacjami damsko-męskimi. jestem zbulwersowana.

twarzodłoń

czytam "pięćdziesiąt twarzy greya". tak, uf, udało mi się w końcu to wstydliwe wyznanie wyrzucić z siebie. czytam, bo zobaczyłam, kto będzie greyem w filmie i stwierdziłam, że kij z tym, wyobrażając sobie tego gościa jako greya może dam radę przez to dzieło przebrnąć. no więc czytam.

nie jest póki co źle, czyta się szybko, w miarę bezboleśnie. wszelkie braki i niezgrabności fabuły nadrabia boska morda dżejmiego, którą moja chora wyobraźnia mi podsuwa. btw - jak można być tak przystojnym, cholera no. czytam więc sobie, strona za stroną, aż docieram do rozdziału czwartego. i tekst greya "trzymaj się ode mnie z daleka, nie jestem mężczyzną dla ciebie"... dawno, ale to dawno nie czułam takiego zażenowania czytając książkę. ten tekst jest tak bardzo z dupy, że aż mnie twarz boli (facepalm roku, bez kitu). ja rozumiem, że trzeba trochę dramatyzmu wprowadzić bo się robi rzygogennie miło, ale dlaczego kobieta poszła w tak gęsty, niestrawny patos? na pewno można było to jakoś zgrabniej ująć, bardziej życiowo, na przykład "chcę cię tylko wyruchać" albo grzeczniej "nic z tego nie będzie, bejbe, bo jestem niedorozwojem emocjonalnym i nie chcę się wiązać". cokolwiek.

no nic, chwila minie, zanim czoło przestanie boleć.

14 stycznia 2015

aszt

ahhh jaką dobrą jogę miałam właśnie, no przedobrą. zupełnie wbrew biologii, fizyce, zdrowemu rozsądkowi i katechizmowi kościoła katolickiego po godzinie robienia pompek i fikuśnych fikołków wciąż miałam siłę na kolejną wymyślną pompkę z fikołkiem i zrobienie takiego czegoś w staniu na głowie czego nie jestem w stanie opisać, ale co daaawno chciałam zrobić. jestem w szoku. żadne 'pic or it didn't happen' bo niestety nie wpadłam na to, żeby włączyć kamerkę w lapie, ale widzę, że trzeba do tej sympatycznej tradycji wrócić. albo nie, bo będę musiała się ubierać do jogi, a joga w ciuchach jest słaba. nieważne.

prawdą jest, że trzeba sobie urozmaicać życie, bo inaczej rutyna nas zeżre. to samo tyczy się jogi, szczególnie ashtangi, która składa się z serii asan, które należy wykonywać w określonej kolejności. robiąc to samo przez x czasu, traci się fun. mięśnie przyzwyczajają się do określonych ruchów i kuniec, idą jak kuń, na pamięć. a dzisiaj zdziwko, bo postanowiłam wypróbować coś innego. i od razu widać zmianę. muszę się z jakimś joginem zaprzyjaźnić, który by mi pokazał więcej fajnej ashtangi, bo jutjub już mi nie wystarcza, a samemu eksperymentować trochę strach, nie chcę złamać sobie głowy. [note to self: dopisać 'poderwanie jogina' do listy 'rzeczy do zrobienia'.]

ale w sumie to kręgosłup trochę boli, dostał wycisk w tym staniu na głowie.

13 stycznia 2015

Hai

We meet again, my running shoes! Wiatr chce urwać głowę.


Najfatalniejsze zdjęcie ever, ale pokazuje jak niestyczniowy styczeń mamy w tym roku. Jakby taka pogoda utrzymała się przez resztę zimy to może nawet udałoby mi się ogarnąć na jakiś kwietniowy półmaraton? Byłoby przegit.

12 stycznia 2015

awokadzia zemsta

kiedyś myślałam sobie, że fajnie byłoby wprowadzić do swojej diety więcej jogi i ajurwedy. typu więcej owoców i warzyw, różnych kasz, przyprawiania potraw naturalnymi przyprawami a nie gotowymi mieszankami z glutaminianem itd itp. póki co odnoszę spektakularną porażkę na tym polu i nie zapowiada się na jakąkolwiek poprawę po tym, co dzisiaj mam okazję przeżywać.

awokado. taka gruszka, ale z gigantyczną pestką w środku i o beznadziejnie mdłym smaku. mader kupiła takowe ustrojstwo kiedyśtam, a że w końcu dojrzało wypadało go przepoczwarzyć w jedzenie. 

pozwolę sobie w tym miejscu na małe wtrącenie - jeśli w przepisie jest napisane: dodaj do wiadra makaronu małe awokado, kilo soli, pieprzu, i wszystkich-przypraw-jakie-masz-w-zasięgu-ręki-żeby-nadać-tej-smutnej,-brejowatej-awokadziej-masie-jakiś-smak oraz szpinak, to wydaje mi się, że oprócz awokado, szczypty soli i pieprzu warto również dodać do tego makaronu pozostałe przyprawy i szpinak. no ale to taka tylko moja luźna uwaga na marginesie.

tymże sposobem ustrojstwo awokadzie zostało unicestwione. niestety, przepoczwarzone awokado po trzech godzinach od spożycia wciąż siedzi ugrząźnięte w moim biednym przełyku. dawno nie jadłam niczego, co tak bardzo by mi nie smakowało i tak bardzo nie chciało się strawić, nie pozwalając tym samym na jogę (joga i pełny żołądek to złe zło). istnieje możliwość, że gdyby dodać do tego ten nieszczęsny szpinak i przyprawy, byłoby lepsze. nie wiem, czy będę miała ochotę sprawdzić. czuję się spożywczo nieszczęśliwa.

10 stycznia 2015

dream big

nie dość, że fatalnie ostatnio sypiam (jak już uda mi się zasnąć) to jeszcze mam super zryte sny. dzisiejszej nocy na przykład obudziłam się zapłakana, bo śniło mi się, że łażąc po krakowie (nie wiem skąd wiem, że to kraków, bo krakowa nijak to nie przypominało) z jakimś bliżej nieokreślonym chłopakiem (nie pamiętam twarzy) w bliżej nieokreślonym celu weszłam przez okno do jakiejś kamienicy. jak się okazało, w pokoju w którym wylądowałam znajdowało się rodzeństwo chłopaka z którym łaziłam. dużo rodzeństwa. chłopak napisał list z podziękowaniami dla kogoś, kto przysłał im prezenty z okazji świąt, a ja wielce hojna zaofiarowałam, że ten list wyślę i sama za niego zapłacę (dobroczyńca roku, dżizas...), na co jakieś małe chłopaczątko postanowiło pokazać mi prezent jaki dostało. prezentem tym była apteczka. dzieciątko powiedziało "chcę zostać lekarzem" czy "dzięki temu będę mógł zostać lekarzem", na co ja we śnie zareagowałam dzikim szlochem. mam nadzieję, że w rzeczywistości nie szlochałam tak głośno jak we śnie, ale faktem jest, że obudziłam się czując łzy na mordzie. kurwa, co się dzieje. jeśli to, co nam się śni stanowi odzwierciedlenie tego, co dzieje się w naszej podświadomości, to moja podświadomość jest chora. i potrzebuje lekarza... hm. miałoby to sens. zabawnie.

09 stycznia 2015

tego się trzymam

Trzeba mieć wrażliwość księżniczki i wytrzymałość kurwy. Tego się trzymam.
Anna Dymna



Podrasowałabym to trochę i rzuciła na udko.

07 stycznia 2015

petits plaisirs

to strasznie płytkie z mojej strony, ale dawno nie miałam takiej radochy jak teraz, patrząc na TO. i słuchając TEGO. i robiąc TO (no, powiedzmy, że tak to wygląda w moim wykonaniu. z pewnością kiedyś będzie. cudownie otwiera klatkę piersiową!).

poza tym jest git. chyba faktycznie od jogi pierdoli się w głowie, bo dawno nie miałam tak dobrego humoru i z takim optymizmem i niecierpliwością nie czekałam na jutro. i chyba zaczynam wierzyć w to, co napisałam 31 grudnia - będzie dobrze.

06 stycznia 2015

st.anger

jak tak dalej pójdzie, to do cv zacznę załączać zdjęcie moich pośladków (są boskie, serio). kurwa no.

05 stycznia 2015

spęd vol. 1

ale bida, jak to mawiać zwykła moja babcia. bida z nyndzą. najlepszym sposobem na biedę jest jej pogłębienie, poprzez zaplanowanie wydatków na najbliższych dwanaście miesięcy! (dla niezorientowanych: rok). lubię pogłębiać moją bidę, to takie oczyszczające.

pierwsza tegoroczna edycja pogłębiania biedy tyczy się biegania. a dokładnie - komu dam pieniądze za wytyczenie taśmą trasy po której już milion razy biegłam, kubeczek przeterminowanego izotonika i za dużą koszulkę. w czternastym wzięłam udział w jednym takim zorganizowanym spędzie biegaczy. średnio mi się podobało szczerze mówiąc i na kilka miesięcy wyleczyłam się z potrzeby biegania w stadzie (epizody z night runnersami się nie liczą!) ale teraz czuję, że mam moc w kopytkach i odpowiednie nastawienie (for fun) dlatego też może być git. poza tym trzeba inwestować w siebie, nie?

mam już na oku kilka 10k - opcja finansowo osiągalna, biegowo ambitna, ale jak najbardziej wykonalna przy spięciu pośladów. odrobinę gorzej biegowo z kolejną opcją (bo finansowo jeden kij - za taśmę i tak liczą od łebka jakby chcieli pół Polski nią obwiązać czy to na 5k czy maratonie). w tym roku chcę otóż bowiem przebiec półmaraton. a właściwie: chcę przebiec 22 kilometry i przeżyć, najlepiej jednocześnie. i może też niekoniecznie "przebiec" - dopuszczam opcje "doczołgania się" i "dopełznięcia". ważne żeby się przemieszczać w miarę samodzielnie. fajną okazją do tego byłby właśnie jakiś półmaraton (dużo upoconych i naendorfinowanych ludzi, pamiątkowa koszulka i medal!). póki co dumam nad Wrocławiem i Krakowem. 1:0 dla Wrocławia, bo bieganie po Krakowie już mnie znudziło; wyrównuje Kraków, bo jest w paździu i na bank się przygotuję, a Wrocław w czerwcu i może być różnie. na chwilę obecną jednak 2:1 dla Krakowa, bo w Kraku mam potencjalnie gdzie kimać. czasu jeszcze trochę jest, może się zdecyduję.

a jak nie zdecyduję/bida sięgnie niepogłębialnych granic to zawsze pozostaje opcja pt. "biegam sama za darmoszkę bo jestem kobietą niezależną" z obowiązkowym rzuceniem skrinem z endzia w twarz ludziom na fejsie. fejm się zgadza, hajs na plus - genjush.

02 stycznia 2015

अर्ध बद्ध पद्म पश्चिमोत्तानासन


nad słabością w takiej postaci pracowałabym dłuuuugo.

to wcale nie brzmiało dwuznacznie.

01 stycznia 2015

Fuck yes!

Ale dobry artykuł przeczytałam. Przedobry. O tym jak nie zadowalać się byle czym. Właściwie o identyfikowaniu czego się chce - bo w tym najczęściej tkwi problem - co stanowi punkt wyjścia dla podejmowania konstruktywnych decyzji. Na nowy rok przydatne jak w mordę strzelił! Lubię to.