Straszliwie zazdroszczę (w tej odmianie zazdrości jest ona nierozerwalnie połączona z nienawiścią) ludziom, którzy zasypiają od pierwszego strzału. Po prostu kładą się i na trzy-czte-ry już chrapią. Albo nie chrapią, ale już są nemo. Nie pamiętam, żebym ja tak kiedykolwiek miała (oprócz sytuacji, gdy jestem tak zmęczona, że mogę zasnąć na stojąco, ale to zupełnie co innego). Ostatnio mama mi opowiedziała historię z mej młodości, gdy mając z trzy latka potrafiłam zasnąć w wannie, bo cieplutko, milutko, oczy zamknięte i sru, nie ma dziecka. Teraz cierpię na przeokrutne problemy z zasypianiem. Kładę się, jak na grzeczne dziecko przystało, o 22, czasem o 23 i do 1, czasem 2 w nocy mogę tak sobie leżeć, liczyć owce, barany, lamy, koty cokolwiek, a i tak nic to nie daje. Umysł jest zwarty i gotowy do popychania pierdół w systemie all day, all night. Mam tak rozkręcony mózg po całym dniu, że nie jestem w stanie go wyciszyć.
Wczoraj w nocy spróbowałam więc medytacji. Od miesiąca obiecuję sobie, że zacznę medytować - małe kroczki, po minutkę, dwie, byle przyzwyczaić mózg do ciszy. Chodząc na zajęcia jogi dwa lata temu do Pracowni Maćka Wieloboba na zakończenie zawsze 5-10 minut poświęcane było na wyciszenie i medytację. Podobało mi się to, ale jak to ze mną bywa, poza zajęciami medytacji nie próbowałam. Tak więc wczoraj po ponad dwóch latach myślałam, że mózg mi eksploduje. Tak się zmęczyłam niepodążaniem za żadną myślą, że puls ze standardowych 75 wzrósł chyba do 175 uderzeń na minutę. I raczej nie pomogło mi to w zaśnięciu, bo męczyłam się jeszcze z godzinę.
Jak mawiają - wyśpię się po śmierci. Mam nadzieję.