do wszystkich, którzy mówili, że "gone girl" to świetny film z zaskakującym zakończeniem, który warto obejrzeć - oddajcie mi 2h29min mojego życia!
co za porażka.
zaczęło się interesująco. mąż jakiś taki drewniany a na retrospekcjach idealna para - coś faktycznie nie gra i dałam się wciągnąć. niestety, gdzieś z tyłu głowy migała mi lampka, że film jest zaskakujący, w związku z czym od razu przyjęłam, że facetka wcale nie została zabita przez męża tylko gdzieś sobie hasa i go wrabia. jak się okazało - miałam rację i wciągnięcie zmieniło się w "no i co teras? zaskocz mnie" i co chwilę zerkałam na czas, oczekując z niecierpliwością na jakiś zwrot akcji. który niestety nie nastąpił. ogromne nadzieje pokładałam w pani detektyw, niestety na próżno. już nawet byłam w stanie poświęcić afflecka! na nic to. jedynym zaskoczeniem były napisy końcowe - "ee? a gdzie pierdolnięcie?".
zmarnowałam tyle czasu. 3/10. 1 za afflecka, 2 za pośladki głównej bohaterki. spodziewałam się fajnej muzyki (trent!), ale też się rozczarowałam (tak, można to zaliczyć jako kolejne zaskoczenie - muzyka była totalnie z dupy). dobrze, że mam słabą silną wolę i ten film obejrzałam teraz a nie w sylwestra, bo bym miała spierdolony koniec/początek roku.