nie tak wyobrażałam sobie tegoroczne święta - jest lepiej niż mogłam śmieć sobie wymarzyć! póki co, oczywiście, bo w każdej chwili koło fortuny może się urwać i przygrzać mi w łeb. cieszę się jednak chwilą (chwilo trwaj!) beztroski i jedenastą godzinę oglądam seriale. boże, jakie to dobre. przenajlepsze.
w ten oto sposób nadrobiłam zaległości w dwóch serialach, które porzuciłam bo albo były głupie i totalnie nierealistyczne (suits, wkurwia mnie jak głównym bohaterom wszystko się udaje. nawet jak na serial jest zbyt zajebiście, a nie po to przecież ogląda się seriale, żeby patrzeć jak inni odnoszą sukcesy, tylko po to, żeby poprawić sobie humor, że inni mają większe problemy niż ja i są bardziej w dupie niż ja.) albo głupie i zbyt realistyczne (new girl, chuj mnie strzela jak główni bohaterowie przechodzą to samo co ja, ale są 1. ładniejsi, 2. żyją w nju jorku, 3. mają większe pole manewru bo ich współlokatorem nie jest siostra. dzisiaj znowu miałam moment załamania, bo facet z serialu wyglądał DOKŁADNIE jak facet z którym się przez pięć minut spotykałam. no kurwa. ale przetrwałam. twardym trzeba być). oparłam się pokusie napoczęcia nowego (pięciu nowych, szczerze mówiąc), z czego jestem bardzo dumna.
jest więc fajnie. tak właśnie chcę, żeby moje święta wyglądały: chillout, bez spiny, bez sprzątania i bez gotowania miliarda potraw. i bez kataru, bo zatkany nos jednak uprzykrza życie. mogłoby też trochę śniegu napadać, bo kakałko lepiej smakuje, gdy za oknem jest biało.
przeciętności lękam się w chuj