31 grudnia 2014

(-)

eh sylwester, sylwester..! na cóżeś ty jest? nie mam potrzeby celebrowania tego dnia, co właśnie manifestuję siedząc w spranej bluzie i brudnych leginsach przed laptopem, nie mniej jednak atmosfera zaczyna mi się udzielać. mam skompletowaną filmową plejlistę, kabanoski z lidla się chłodzą - zapowiada się party hard!

w tym miejscu przypomina mi się poprzedni taki nolife'owy sylwester, a był to sylwester a.d. 2006 (aż się łezka w oczku kręci na myśl, że to tak dawno). gwóźdź programu: dysponując numerem gg najbardziej ciachowego ciacha z mojego LO i widząc, że jest dostępny zrobiłam najgłupszą możliwą rzecz, jaką można było wtedy zrobić. napisałam do niego. dokładnie o północy. to straszne, że wciąż czuję zażenowanie na myśl o tym, ale wtedy byłam z siebie tak niesamowicie dumna... nic z tego nie wyszło, ale miałam radochę przez jakiś czas. człowiek młody to głupi...

a propos głupoty - w mijający rok weszłam totalnie bezmyślnie i bezrefleksyjnie, efekty czego widać było przez cały praktycznie czas. właściwie na własne życzenie spotkało mnie kilka przykrych rzeczy, które w mniejszym lub większym stopniu wywarły na mnie wpływ. było oczywiście też parę fajnych motywów, ale podsumowując 2014 stwierdzam, że był to beznadziejny rok. jest jednak dobrze, bo mądrzejsza o tych kilka(naście) doświadczeń wiem już (mniej więcej) czego (nie) chcę, dzięki czemu istnieje szansa, że nie będę taką kretynką i 2015 będzie lepszy.

nigdy nie odczuwałam potrzeby stawiania sobie celów na nowy rok, bo wiem z doświadczenia (innych ludzi), że po standardowym okresie entuzjazmu następuje gwałtowne załamanie formy i wszystko wraca do starej normy. teraz jednak, poczyniwszy pewne refleksje na temat swojego dotychczasowego życia, spreparowałam skromną listę intencji na 2015. mam na niej parę postanowień (nie zacznę ćpać, przestanę marnować czas oraz zacznę się odżywiać jak człowiek), kilka planów (top secret, coby nie zapeszyć) i pierdyliard życzeń (m. in. spotkać księcia z mojej bajki) - w ten oto genialny sposób moje postanowienia są wykonalne (ale i tak stanowią pewien challenge, żeby nie było że idę na łatwiznę) (nie mówię tu o ćpaniu, ćpanie wpisałam ze względów czysto prewencyjnych), plany realne (przy odrobinie wysiłku i korzystnemu układowi planet i gwiazd), a życzenia - wiadomo, kij z tego będzie, ale pomarzyć se można. grunt, że nie postanawiam i nie planuję niczego, czego nie jestem w stanie osiągnąć sama.

nie mam wielkich oczekiwań co do 2015. nie liczę na nic, oprócz tego, co jestem w stanie wyrwać losowi. będzie dobrze [w tym miejscu powinnam wstawić creepy wideo z creepy babką, która mówi "będzie dobrze", ale niee, dam sobie siana]


***
czytaczom mojego blogaska (a są tacy, bo mi wykresiki skaczą!) życzę dobrzości (czyli, żeby było dobrze) i miłości (analogicznie: żeby było miło). buziaczki!

30 grudnia 2014

youuuu can be flawed enough


ale mi się wkręciła.

but perfect for a person

29 grudnia 2014

part 1

wkurza mnie, gdy człowiek z którym uskuteczniam niezobowiązującą konwersację przez internet na moje "sorry za zwiechę, ale się zaczytałam" odpisuje "ok to nie przeszkadzam". pierwsze primo - gdyby konwersacja z kimś przeszkadzała mi w czymkolwiek, to bym nie konwersowała, proste. drugie primo - samo klepanie w komputer gadając z kimś to tak śmierdząca strata czasu, że nie potrafię nie robić wtedy jeszcze czegoś, nie mając wyrzutów sumienia. lubię na przykład czytać, uczyć się albo oglądać film i z kimś pisać. dla mnie bomba, nie nudzę się, coś się dzieje, stała czujność itd, itp. nie rozumiem więc jak ktoś może czuć się urażony tym, że nie poświęcam konwersacji z nim 100% uwagi, skoro w takiej sytuacji moje 100% uwagi w bardzo krótkim czasie się znudzi i postanowi robić coś innego. nie kumam.

anyways, dzisiejsze "dzisiaj" jest dobrym "dzisiaj" - obkupiłam się pierdołami, które z radością wtarłam w swą facjatę i czuję się fabulous. zaopatrzyłam się również w zapas herbaty, więc przez najbliższe dwa dni mam co pić. o i czerwony sweterek kupiłam sobie w lidlu. pełnia szczęścia. absolutnie nic nie jest w stanie zepsuć mi tego dnia. nic. nawet zakwasy, przez które nie mogę kichać ani kaszleć, bo mnie aż boli w łydkach.

~ n i c ~

28 grudnia 2014

jogaa

joga zaliczona! zapewne ostatnia w tym roku, bo już czuję, że zakwasy trzymać będą mnie do końca roku (jak to brzmi...). ale czuję się fantastycznie, mimo że przez niećwiczenie moje ciało cofnęło się do ery przedjogicznej. to straszne, ale nawet na pierwszych zajęciach jogi półtorej roku temu nie miałam takich problemów, np. z trikonasaną, jak dzisiaj. koszmar jednym słowem. ale już ze staniem na głowie nie miałam problemów, nawet ściana nie była mi potrzebna joł!

jest git.

Update z dnia następnego: jestem jednym, wielkin zakwasem.

27 grudnia 2014

zgon girl

do wszystkich, którzy mówili, że "gone girl" to świetny film z zaskakującym zakończeniem, który warto obejrzeć - oddajcie mi 2h29min mojego życia!

co za porażka.

zaczęło się interesująco. mąż jakiś taki drewniany a na retrospekcjach idealna para - coś faktycznie nie gra i dałam się wciągnąć. niestety, gdzieś z tyłu głowy migała mi lampka, że film jest zaskakujący, w związku z czym od razu przyjęłam, że facetka wcale nie została zabita przez męża tylko gdzieś sobie hasa i go wrabia. jak się okazało - miałam rację i wciągnięcie zmieniło się w "no i co teras? zaskocz mnie" i co chwilę zerkałam na czas, oczekując z niecierpliwością na jakiś zwrot akcji. który niestety nie nastąpił. ogromne nadzieje pokładałam w pani detektyw, niestety na próżno. już nawet byłam w stanie poświęcić afflecka! na nic to. jedynym zaskoczeniem były napisy końcowe - "ee? a gdzie pierdolnięcie?".

zmarnowałam tyle czasu. 3/10. 1 za afflecka, 2 za pośladki głównej bohaterki. spodziewałam się fajnej muzyki (trent!), ale też się rozczarowałam (tak, można to zaliczyć jako kolejne zaskoczenie - muzyka była totalnie z dupy). dobrze, że mam słabą silną wolę i ten film obejrzałam teraz a nie w sylwestra, bo bym miała spierdolony koniec/początek roku.

26 grudnia 2014

sugar

jestem trochę upośledzona życiowo, ale dzisiaj to już przegięłam. nienawidzę czytać żadnych for(ów) internetowych (oprócz lexa oczywiście z jego kwiatkami pod postacią "miss i mister wydziału" albo shitstormów w związku z aferami na egzaminach czy wykładach - mogłabym czytać godzinami), bo zazwyczaj kontent merytoryczny oscyluje w granicach 5% wszystkich postów a reszta to idiotyczne pitolenie. dzisiaj jednak coś mnie przytępiło totalnie i siedzę szóstą godzinę czytając na forumprawne temat o 52 stronach o konkursie na asystenta sędziego. w sumie fajnie tak poczytać i poprawić/popsuć sobie humor (większość tych ludzi nie potrafi czytać ze zrozumieniem - radość, że marne szanse że asystentem ktoś z nich zostanie, rozpacz, gdy mimo to asystentem ktoś z nich zostanie), ale no dżiiiiz, ileż można... tym bardziej, że póki co niczego sensownego się nie dowiedziałam.

i tak w ogóle to stęskniłam się za szalonym wkuwaniem kodeksów. 

25 grudnia 2014

Only the sky

Moim największym osiągnięciem w tym roku jest dojście do levelu 77 w 2048 Words. Do ułożenia mam teraz LIFE, co jest absolutnie cudownie ironiczne. Jeszcze nigdy tzw. Universe nie dawał mi tak oczywistego sygnału, że czas wziąć się w garść i zacząć ogarniać.

W poprzednim levelu hasłem do ułożenia był "knife" ale nie zajarzyłam. Sideways for attention, long way for effect.

Ba dum tss, kurtyna.

23 grudnia 2014

czego najbardziej się boisz?

nie tak wyobrażałam sobie tegoroczne święta - jest lepiej niż mogłam śmieć sobie wymarzyć! póki co, oczywiście, bo w każdej chwili koło fortuny może się urwać i przygrzać mi w łeb. cieszę się jednak chwilą (chwilo trwaj!) beztroski i jedenastą godzinę oglądam seriale. boże, jakie to dobre. przenajlepsze.

w ten oto sposób nadrobiłam zaległości w dwóch serialach, które porzuciłam bo albo były głupie i totalnie nierealistyczne (suits, wkurwia mnie jak głównym bohaterom wszystko się udaje. nawet jak na serial jest zbyt zajebiście, a nie po to przecież ogląda się seriale, żeby patrzeć jak inni odnoszą sukcesy, tylko po to, żeby poprawić sobie humor, że inni  mają większe problemy niż ja i są bardziej w dupie niż ja.) albo głupie i zbyt realistyczne (new girl, chuj mnie strzela jak główni bohaterowie przechodzą to samo co ja, ale są 1. ładniejsi, 2. żyją w nju jorku, 3. mają większe pole manewru bo ich współlokatorem nie jest siostra. dzisiaj znowu miałam moment załamania, bo facet z serialu wyglądał DOKŁADNIE jak facet z którym się przez pięć minut spotykałam. no kurwa. ale przetrwałam. twardym trzeba być). oparłam się pokusie napoczęcia nowego (pięciu nowych, szczerze mówiąc), z czego jestem bardzo dumna.

jest więc fajnie. tak właśnie chcę, żeby moje święta wyglądały: chillout, bez spiny, bez sprzątania i bez gotowania miliarda potraw. i bez kataru, bo zatkany nos jednak uprzykrza życie. mogłoby też trochę śniegu napadać, bo kakałko lepiej smakuje, gdy za oknem jest biało.

przeciętności lękam się w chuj

20 grudnia 2014

letitgo

jest Wham, są święta! do pełni świętowości brakuje mi już tylko śniegu (wrzaski mamy - są, mnóstwo sprzątania - jest, nerwówka - jest. świąteczna atmosfera w komplecie!). (tak, nienawidzę świąt). 

tonąc w tej radosnej atmosferze czytam sobie internety a w nich to. skusił mnie tytuł i obietnica robienia czegoś fun w przyszłym roku. jak zwykle w przypadkach takich list - rozczarowanie. just to name a few:

17. gdzie jest fun w samotnym pójściu do restauracji czy do kina, ja się pytam? kumam koncept "najpierw pokochaj siebie, by inni kochali ciebie" i "jeśli nie czujesz się dobrze sama ze sobą, to nikomu nie będzie z tobą dobrze" ale samotne spożywanie posiłków w restauracji to przesada. dno dna, którego nigdy nie zamierzam sięgnąć. odpada.

41. ugotuj zupę. no błagam. widać, że pisane to było przez super joginkę, która żywi się energią kosmosu i wystarczy jej samotna konsumpcja w restauracji. jeśli coś ma być wyjątkowo fun, to z pewnością nie jest tym gotowanie sobie zupy. no dobra, gotowanie jest fun, ale nie aż tak żeby wpisywać to na taką listę. odpada po stokroć.

34. mój faworyt: spisz testament. jeśli to ma być fun, to ja dziękuję. szczególnie gdy nie ma się czego do tego testamentu wpisać. już robienie z siebie smutasa w jadłodajni jest lepsze. 

jedyne sensowne rzeczy, które mogłabym wziąć pod uwagę znajdują się w punktach 12 i 49. reszta - super płytkie rzeczy, które może i mogą być fun, ale na chwilę. a ja już nie chcę niczego "na chwilę". 

zacznę, kurwa, medytować.





19 grudnia 2014

-ość


ja nie siwieję, ja się złocę. like a boss, ha!

dumając nad super kejsem przeprowadziłam przegląd włosów, coby stwierdzić jak bardzo końcówki się porozdwajały od ostatniego cięcia metodą chałupniczą (troszkę). znalazłam wtenczas złoty włos. tak to mogę siwieć... chociaż obawiam się, że w blondzie nie będę wyglądać korzystnie, już ten biały byłby lepszy (secundo chociaż - ładnemu we wszystkim ładnie).

odkrycie to sprowokowało mnie do refleksji na temat mojego dotychczasowego życia... okej, może niekoniecznie znalezienie złotego włosa mnie do tego sprowokowało - koniec roku, kolejne coraz większe faile i brak perspektyw - tak, to jest mocny powód dla rozmyślań.

z pobieżnej analizy mojego roku 2014 wynika, że był chujowy. w kosmos. bardzo. nie umiem przywołać w pamięci drugiego tak porażkowego roku jak ten. może to dlatego, że już stara dupa jestem, i inaczej definiuję "porażkę" teraz niż dziesięć lat temu. sama możliwość napisania/powiedzenia "dziesięć lat temu" bez odwoływania się do okresu prenatalnego bądź wczesnoniemowlęcego mojego życia trąca porażką. dziesięć lat temu miałam 14 lat i uważałam, że ludzie którzy kończą studia są straaaaaaaaaasznie starzy i nie byłam w stanie pojąć swoim beztroskim umysłem tego, jak można tak długo żyć. dzisiaj o ludziach starszych ode mnie o dziesięć lat nie powiedziałabym że są hiper starzy, bo wiem, że jutro się obudzę i sama będę miała 34 lata.

nie chcę besztać dnia przed zachodem słońca, bo w ciągu tych kilkunastu ostatnich dni wiele może się zmienić, wątpię jednak, by zmieniło się tak drastycznie, że rok z "meh" zrobi się "yay!". jestem jednak otwarta na wszystko, co los dla mnie szykuje, byle by nie był to low kick.




14 grudnia 2014

10 grudnia 2014

i nie chcieć nic

dzieciaczek dzisiaj w tramwaju opowiadał mamie swoje szkolne perypetie z kobietami. jedna taka mu powiedziała, że będzie go lubić, jeśli on coś za nią zrobi, już nie pamiętam co. a potem podsłuchał jak rozmawia z koleżankami i się zdenerwował. kobiety są podłe.

wcale nie podsłuchiwałam.

06 grudnia 2014

post-post made easy

jak zwykle koncepcja na notę znika w momencie, w którym otwieram kartę "nowy post". jest świetnie.

obrazek będzie więc.


01 grudnia 2014

niespodzie-

podszept z nadusza* skłonił mnie by tu wejść i coś skrobnąć, co też niniejszym czynię. może zacznę znowu pisać? przebranżowię się na poezję, najlepiej poezję drogi z domieszką tani, tak dla ludu. rymy, tfu, częstochowskie i te sprawy. będzie fun.

wio.

___
* istnieje coś takiego jak nadusie [nad-usie]. od teraz.