24 marca 2015

ave

99 wyświetleń temu stuknęło mi 3000 wizyt. Nie wiem skąd, nie wiem jak, zapewne 99 proc tego to jakieś boty z Syberii, bo merytorycznego kontentu tu jak na lekarstwo, a nikt na blogaska nie wchodzi dla ładnej buzi blogopisarki (a może?), a aż tak sprytna nie jestem, żeby umieć wyczytać co mi gógl analitiks pokazuje w tej kwestii. Anyways, spoczko, że ktoś tu zagląda, jest mi miło, pjona i wirtualne buziaczki. 

Mało pisałam ostatnimi czasy, bo tak jakoś. Zabiegana jestem. Byłam w sumie, bo teraz to już tylko bieganie dosłowne mi zostało. Dostałam pracę (yay!), szukam mieszkania (nope) i ogarniam kopytka, bo w przypływie entuzjazmu zapisałam się na nocną dychę (czym kiedyśtam groziłam), która to odbędzie się za około 24 dni. 24 dni a ja w tym sezonie najdłużej biegłam za jednym razem przez 35 minut, robiąc pięć km z lekkim hakiem. Szału nie ma, tym bardziej że mądre artykuły mądrych specjalistów stanowią, iż przygotowując się do przebiegnięcia dychy na zawodach, trzeba w ramach tychże przygotowań wybiegać milion kilometrów tygodniowo. Milion to przesada, ale 40 km tygodniowo to dla mnie tak samo nieosiągalny wynik jak i ten milion. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Albo raczej wybiegnie.

Chciałabym się podzielić jeszcze jakąś światłą refleksją, ale jestem głodna, a jak głodna to zła i myśleć mogę tylko o tym, że jestem głodna. W związku z tym odraczam podzielenie się refleksją głębszą do czasu uzupełnienia żołądka. A Wy czytajcie mnie dalej. Buziaczki.

20 marca 2015

jaki marzec

Dzikie to słońce dzisiejsze. Najpierw zaćmione, a teraz świeci jak szalone.

Jeśli ten rok ma być choć trochę podobny do zeszłego, to znaczy że tempo nada mu marzec. Marzec 2014 roku był przedziwny. Nie wiem jak w 31 dni udało mi się upchnąć tyle smutków, radości, szaleństw, apatii, napadów nadziei i ataków złości, nowych doświadczeń i przemyśleń. W każdym razie - jakoś się udało i reszta roku upłynęła w podobnych klimatach. 

Tegoroczny marzec jest dziki. Jak to słońce. Chcę, żeby 2015 też był dziki. 


14 marca 2015

freakin' patient

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Izabela D (@be_danevska)



Dzisiaj niespodziewanie w połowie jogi okazało się, że w ramach surya namaskara umiem zrobić sensowną chaturangę (to na zdjęciu to nie chaturanga, tylko luźna wariacja na temat stania na głowie, salamba sirsasana) i nawet zgrabnie przejść do kobry, bhujangasana, bez opadania na podłogę jak wieloryb! Cierpliwość i praca u, dosłownie, podstaw. Jak tak dalej pójdzie to sama będę w stanie otwierać słoiki i faceci już całkowicie przestaną być mi potrzebni. Niedobrze.

Practice and all is coming.

09 marca 2015

kobietom

Tekst stary, sprzed (ponad?) roku. Kilka rzeczy ujęłabym inaczej, ale przesłanie się zgadza.

**

Jakiś czas temu na fejsie trafiłam na profil poświęcony Świrszczyńskiej, która obok Poświatowskiej była moją ulubioną poetką w burzliwym okresie liceum. Zaczytywałam się wtedy namiętnie w ich wierszach, bo fantastycznie oddawały to, co swoim nastoletnim naiwnym serduszkiem odczuwałam. Uwielbiałam czytać o nieszczęśliwych, niespełnionych miłościach, o smutku i umieraniu, o zwykłej beznadziei dnia codziennego, gdy nie można być z osobą, którą kocha się całym sobą. Oczywiście polubiłam, bo wciąż czuję sentyment do babrania się we własnym mentalnym gówienku.

Boże.

Nie ma lepszej metody na pielęgnowanie bezsensownego butthurtu niż czytanie takich wierszy. Jeśli istnieje coś bardziej szkodliwego dla człowieka niż używki, to właśnie będzie tym poezja, przekazująca idiotyczne i niepoważne poglądy na relacje damsko-męskie.

Nigdy nie byłam jakoś wyjątkowo wrażliwa na poezję - Miłosz mnie nudził, Herbert męczył, Szymborską i Leśmiana czasem akceptowałam, czasem nie, zazwyczaj jednak miałam ochotę uciec z lekcji gdy trzeba było rozbebeszać wiersze i doszukiwać się w nich miliarda ukrytych znaczeń. Jednak gdy widziałam Poświatowską - serce mięknie, łzy w oczach, a o cierpieniu podmiotu lirycznego mogłam słuchać 24/7. Dobrze, że nie było jej (i jej podobnych) w programie zbyt dużo.

Rozumiem, że poezja ma oddziaływać na czytelnika, ma poruszać serce, ale nie powinna tworzyć jednocześnie papki z mózgu. Nienawidzę Poświatowskiej i Świrszczyńskiej za to, że sprawiają, że czuję się jak gówno z powodu bycia samotną. Że wmawiają mi, że powinnam teraz leżeć w wannie z podciętymi żyłami albo snuć się jak cień i wypruwać sobie wnętrzności z żalu i rozpaczy. Że sensem życia jest związek - nie ważne czy szczęśliwy czy nie, a jak nie to nawet lepiej, bo można dalej pierdolić smuty. 

A najgorsze z tego wszystkiego jest fakt, że taką krzywdę kobietom robią - w przytłaczającej większości - same kobiety.

Jest tyle inspirujących silnych kobiet wokół, których warto słuchać i na których warto się wzorować - nie, poczytam ćpunkę z depresją, ona wie lepiej jak mam żyć i lepiej rozumie co czuję. No kurwa no, jak widzę takie zniewolone intelektualnie istotki to wzbiera we mnie agresja. Feministki powinny zająć się takimi amebami, a nie pierdoleniem o równości kobiet i mężczyzn, bo mając wśród siebie w/w organizmy to można walczyć o równość ale co najwyżej z trzodą chlewną. Kobiety - ogarnijcie się. 

01 marca 2015

Don't believe...

...everything you think.

Instagram to fajne miejsce. Pełne syfu i idiotycznych zdjęć, owszem, ale przy odrobinie wysiłku da się znaleźć wartościowe rzeczy. Jak na przykład konto @retreatguru na którym znalazłam zdjęcie, które mnie uderzyło. Dosłownie uderzyło, gdy przeczytałam ten tekst telefon wypadł mi z dłoni prosto na twarz.

Don't believe everything you think.

Mam za sobą czas czytania mądrych książek na temat samodoskonalenia, szukania szczęścia, radzenia sobie ze smutkiem itd itp i wszędzie tam podkreślano siłę własnych myśli. Tych pozytywnych, które napędzają i pozwalają stawić czoła najcięższym wyzwaniom, i tym negatywnym, które niszczą wszystko. To ja sama jestem swoim zarówno największym wrogiem jak i sprzymierzeńcem i to ode mnie zależy, kim będę.

Muszę przyznać, że ostatnio jestem raczej swoim wrogiem. Od kilku dni więcej u mnie tych głupich negatywnych myśli, które są - jak mi się wydawało: nieodłącznym elementem żywota każdego bezrobotnego. Jestem głupia. Niepotrzebna. Tracę czas, szukając pracy, której i tak nigdy nie dostanę. I w ten sposób, ze zwykłego problemu, z którym boryka się obecnie wiele osób, zrobiłam swoją osobistą, wyniszczającą psychicznie tragedię. Nie jest fajnie, owszem, ale zawsze mogło być gorzej - te myśli (jestem głupia, niepotrzebna i tak dalej) mogłyby być prawdziwe. Ale nie są! Jestem super bystra, super fajna i prędzej czy później ktoś da sobie szansę na poznanie mnie i wtedy puff! best employee in the whole universe.

Póki to nastąpi jestem skazana na swoje bezrobotne towarzystwo, w związku z czym, w ramach nowomiesięcznych postanowień: nie będę wierzyć we wszystkie głupie myśli, jakie sobie sama podsuwam*. W niektóre ok, nie można popadać w samozachwyt, trochę krytyki też się przyda. Ale jak mawiają - odpowiednie nastawienie to połowa sukcesu. Jestem więc na dobrej drodze.



* polecam w tym miejscu książki Beaty Pawlikowskiej z serii o kodach podświadomości. Czytałam je rok temu, ale jak widać moja podświadomość jest uparta i wyparła wszystkie mądrości, będę musiała je odświeżyć. Polecam.