26 lutego 2015

zdradliwy gen

W najnowszym Newsweeku (9/2015) opublikowano interesujący artykuł (jeden z wielu! Albo to ja dorastam, albo ten numer jest wyjątkowo udany, bo przeczytałam prawie wszystkie artykuły z dużym zainteresowaniem. Albo i to, i to.) o zdradzie. Autorka, powołując się na najnowsze badania amerykańskich naukowców, próbuje dowieść, że zdrada niekoniecznie jest efektem podłego, zgniłego charakteru i braku kręgosłupa moralnego i empatii. Za wszystko odpowiedzialne są bowiem geny!

Kocham amerykańskich naukowców. Cieszy mnie, że ludzie grzebią w najgłębszych zakamarkach ludzkich bebechów i próbują wyekstrahować z nich "pierwiastek wszechrzeczy", odpowiedzialny za tembr głosu podczas chrapania albo słabość do białej czekolady, co z pewnością wpływa na postęp nauki, ale hej, nie wszystko da się zwalić na geny. Albo raczej - nie powinniśmy doszukiwać się przyczyn dla wszystkich ludzkich zachowań w genach, bo doprowadzi to do sytuacji, w której ludzie przestaną poczuwać się do odpowiedzialności za swoje czyny "no bo takiego mnie bozia stworzyła". Wspomnieć warto, że doktor Lombroso swego czasu głosił tezę, że przestępcę poznać można po tzw. mordzie. Nie będę zaprzeczać, że i współcześnie w wielu przypadkach można by się z tą teorią zgodzić, patrząc na niektórych dzierżycieli maczet, ale większość przestępców nie zaprząta sobie głowy myśleniem o swojej fizjonomii, tylko idzie i popełnia.

Teoria o istnieniu genów, odpowiedzialnych za skłonność do zdrad burzy koncepcję człowieka jako istoty myślącej, posiadającej wolną wolę. Bo skoro posiadam gen, który predestynuje mnie do zdradzania partnera, to niezależnie co będę robić i jak - to i tak zdradzę. Więc posiadanie genów determinujących płeć żeńską skazuje mnie na bycie humorzastą zołzą?

Mam taką moją prywatną teorię (piszę to w dużym sekrecie, bo to jeszcze nieudowodnione naukowo, mogę się więc mylić) wedle której każdy człowiek wyposażony jest w mózg. W trakcie tzw. socjalizacji, od najmłodszych lat człowiek uczy się co jest dobre, a co złe, jak współżyć z innymi ludźmi, jak nimi manipulować, zdobywać ich sympatię i tak dalej, głównie poprzez obserwowanie i naśladowanie dużych ludzi. Jak już trochę podrośnie, to w mózgu robi się taka magia, dzięki której oprócz zapamiętywania i odtwarzania zachowań, zaczyna się także je oceniać, biorąc pod uwagę zdobytą wcześniej wiedzę o tym, co jest cacy a co jest be. I tak przez całe życie, człowiek korzystając ze zdobytej wiedzy i umiejętności, a po pewnym czasie i doświadczeń, współistnieje z innymi ludźmi. W moim założeniu człowiek, którego procesy poznawcze nie są w żaden sposób zaburzone i pozwalają mu na jasne wytyczanie granic między tym, co jest fajne i git, a tym co okrywa hańbą na pięć pokoleń wprzód, wie, że zdrada należy do tej drugiej grupy zachowań i w związku z tym jej po prostu nie uskutecznia. Proste.
A jak ktoś ma problem z gigantycznym popędem seksualnym, to można to naprawić korzystając z odkryć innych naukowców, tym razem z branży farmaceutycznej.

19 lutego 2015

?

We wczorajszej POLITYCE (nr 8) znaleźć można artykuł o potencjale reklamowym polskich skoczków. Tak przynajmniej wynika z początkowych akapitów tekstu, bowiem już na początku tekstu przeczytałam coś, co mnie zszokowało i zadziwiło i nie byłam w stanie czytać dalej. Muszę się podzielić moim zdziwieniem.

Druga kolumna: Stoch jest najlepszym polskim skoczkiem, więc może dostać najwięcej kasiorki od reklamodawców. Zdanie prawdziwe, nie ma co się zastanawiać. Dalej - w ubiegłym roku zarobił 1,5 mln PLN co w zestawieniu najlepiej zarabiających polskich sportowców ubiegłego roku (sporządzonym przez SE) plasuje go - i tutaj umarłam - na początku szóstej dziesiątki.

Co z tego wynika? Otóż wynika z tego, że mamy w Polsce co najmniej 51 sportowców, którzy w ubiegłym roku zarobili co najmniej 1,5 mln złotych. Jest to dla mnie szok, bo polskich sportowców, których bym posądziła o takie zarobki jest - wg mnie - może z dziesięciu, a że samych sportowców, którzy w ogóle zarabiają uprawianiem sportu i się o nich słyszy jest z pięćdziesięciu. 

Muszę w tym miejscu wytłumaczyć, że nie jestem wielkim kibicem sportowym, jak telewizja rzuci jakim ochłapem i pozwoli oglądać to obejrzę, czemu nie, nawet się wczuję i zestresuję, ucieszę albo częściej zasmucę. Wiem o co kaman w piłce nożnej (wiem że spalone mogą być nie tylko kotlety). Grałam swego czasu w siatkówkę i koszykówkę; bardzo podoba mi się piłka ręczna i ubolewam nad tym, że pani wuefistka w gimnazjum nie miała ikry, by poświęcić tej dyscyplinie więcej czasu.O zasadach rządzących polskim, czy też światowym, sportem wiem tyle, co mi powiedzą w telewizorni (czyli wiem piąte przez dziesiąte i że wszyscy to złodzieje i w ogóle ujnia). Kojarzę orłów Engela z Korei. Tak poza tym to raczej kicha.

/reklamy, przeglądam "złotą setkę" SE/

Okej, przejrzałam listę stu najlepiej zarabiających polskich sportowców w roku 2014. Jak można się było domyślić - większość to kopacze. Gratuluję, Polska wciąż jest mistrzem Polski. 

Zasmuciło mnie to zestawienie. Nie wiem czy można i czy w ogóle jest sens czynienia jakichkolwiek porównań między sportowcami różnych dyscyplin, czy to pod względem nakładów pracy, wysiłku i pieniędzy na szkolenie i treningi, ogólnie rozumianego talentu czy odnoszonych sukcesów, niemniej jednak czuję potrzebę wyrażenia głębokiego żalu, widząc zarobki pewnej biegaczki narciarskiej, pewnego skoczka narciarskiego i na przykład tenisistki w porównaniu do fortuny skasowanej w ubiegłym roku przez pewnego piłkarza. Bardzo mi to nie gra. Nie odmawiam talentu i ciężkiej pracy panu L., ale serio, 100 milionów? Czemu nie tryliard? Skąpiradła w tym Monachium siedzą.

07 lutego 2015

(w)ri(gh)t(er)

W obliczu nadchodzącej nieubłaganie klęski na polu zawodowym, postanowiłam zorganizować sobie jakieś zaplecze. Myślałam długo i intensywnie nad tym, co potrafię robić, z czego byłby/mógłby potencjalnie być zarobek i nie jestem jakoś specjalnie zachwycona spektrum swoich możliwości, ale dobrze wiedzieć, że coś tam mam w zanadrzu.

Umiem robić na drutach proste konstrukcje typu szalik (ścieg lewy i prawy) - mogłabym ustawić mały kramik w jakiejś przychodni i sprzedawać pacjentom, do kwietnia zima będzie trzymać więc szaliki jak znalazł. Umiem wykonywać proste zabiegi fryzjerskie, typu prostowanie włosów - umiem robić to bezboleśnie, co jest najwidoczniej sporym osiągnięciem. Dzidy "profesjonalistki", u których miałam nieprzyjemność czesać się kilka razy, zazwyczaj wyrywały mi połowę włosów z głowy podczas tego prostego zabiegu. Dobre hasło reklamowe i miałabym kolejki że ho. Posiadam też wysoko rozwinięty instynkt macierzyński, mogłabym więc opiekować się jakimś kotkiem albo pieskiem. Umiem robić też parę innych rzeczy, ale zostawię je na czarną godzinę (taniec w klubie gogo i bycie sekretarką).

Dopadł mnie jednak smutek. Nie po to studiowałam przez pięć lat prawo na najlepszym wydziale prawa w kraju (joł), żeby teraz dziergać szale i niańczyć jamniki. Wróciłam do punktu wyjścia.

Aż tu nagle olśnienie. Umiem pisać i lubię pisać! Najlepiej czuję się w lekkich formach, takich ja ta oto, blogaskowa, gdzie sama decyduję co napiszę, jak napiszę i czy w ogóle napiszę. Ale z takiego bełkotu piniądza nie będzie. Toteż - copywriting! 

Ciekawa jestem, jak to będzie. Przed chwilą urodziłam w bólach swojego pierwszego precla na temat wózków widłowych, jeszcze kilka w podobnej tematyce przede mną, więc myślę że do wieczora będę już specjalistką. Możliwe też, że zarobiłam swoje pierwsze 60 groszy brutto jako copywriter. Yay!

06 lutego 2015

o lęku

Oglądając ostatnio jutjuby natrafiłam na Good Mythical Morning o fobiach (came for the story, stayed for the beard). Odcinek ten zaintrygował mnie na tyle, że postanowiłam zadać sobie pytanie o moje fobie.

Łapię się z pewnością na arachnofobię (bleh fuj, pajączury a kysz). Nie ucieknę (już!) z dzikim krzykiem na widok domowego pająka (chociaż te krakowskie mutanty są absolutnie odrażające), ale przebywanie w jednym pomieszczeniu z pająkiem, którego widzę jest dla mnie co najmniej niekomfortowe i gdybym mogła swobodnie posługiwać się jakimś miotaczem ognia albo innym ustrojstwem pożogogennym o wystarczająco długiej rączce, to nie wahałabym się ani chwili. W sensie, że zastosowałabym toto w stosunku do (czy pająki to owady? nie chcę wchodzić na wiki, żeby się tego dowiedzieć, bo tam pewnie są zdjęcia) pająka. I każdej rzeczy z którą mógł mieć kontakt. Fuj.

Jednak fobią, która w największym stopniu upośledza moje życie jest dumasafobia. Dumasafobia, czyli śmiertelny lęk przed głupimi ludźmi. Boję się, że pewnego pięknego dnia poniosę śmierć z rąk jakiejś tępej dzidy. Albo z rąk własnych, bo nie będę w stanie dalej znosić ogromu otaczającej mnie głupoty. Przykładem głupich ludzi, którzy wzbudzają we mnie największy lęk są typy bezmózgów z problemem z alkoholem i syndromem kozaka, tj. "co mnie nie zabije to mnie wzmocni, hehe", często spotykany w wersji ostrej -nieuleczalnej, w której to osobnik posiada mylne przeświadczenie o swojej nieśmiertelności (bo umysł takiego osobnika nieskalany jest myślą o konsekwencjach).

Ciężko znaleźć definicję człowieka głupiego, która pozwalałaby w sposób skuteczny taką jednostkę zidentyfikować i wyeliminować ze społeczeństwa. Czasem głupi człowiek potrafi się dobrze maskować i udawać mądrego, aż tu pewnego dnia BAM! okazuje się, że to jednak debil (takie elementy najbardziej uprzykrzają życie). Każdy może więc być głupi (ja też bym mogła, ale nie jestem, obiecuję). Jednym z najlepszych narzędzi służących eliminacji jednostek wadliwych są mechanizmy reakcji karnej. Jeden z najlepszych, ale wciąż wadliwy, co niestety trzeba z żalem przyznać. Według mnie istnieje jednak możliwość obejścia tego problemu. Udałoby się to, gdyby zarówno wymiar sprawiedliwości jak i społeczeństwo (oczywiście ta mądrzejsza jego część) przełączyła się z myślenia o prawie karnym jako o mechanizmie odpłaty za uczynione zło czy eliminowania jednostek czyniących zło ze społeczeństwa, na myślenie o karze jako o sposobie humanitarnego, a jednocześnie społecznie opłacalnego piętnowania głupoty. Jak ktoś był na tyle głupi, że zrobił coś, co jest nie dość, że wyraźnie zakazane, to jeszcze zazwyczaj i moralnie naganne, ORAZ dał się złapać - do łagru z nim/nią (albo do kopalni - to by wyeliminowało problem nierentownych kopalni). Jak ktoś złamał prawo i nie dał się złapać - znaczy, że taki głupi jednak nie jest. Albo ma znajomości wśród innych głupich ludzi.

Ostatnio gdzieś wyczytałam (możliwe, że w komentarzach na wybiórczej pod artykułem o kryzysie w Wenezueli), że idiotów jest tak dużo, bo ludzie inteligentni używają prezerwatyw. Jest to konstatacja bardzo smutna i korzystając z autorytetu, który bez dwóch zdań posiadam, apeluję do moich mądrych, błyskotliwych i światłych czytelników - porzućcie antykoncepcję! Bo nas debile zdziesiątkują i trzeba będzie znowu zaczynać od zera w jaskiniach.

04 lutego 2015

partyzant-ja

Jestem złą joginką. Ćwiczę sobie tą ashtangę, ale tak właściwie to większość zasad i reguł praktykowania mam w poważaniu. Nie dlatego, że jestem prostą chamką ze wsi (którą jestem) i uważam, że jestem mądrzejsza od Mądrych, Którzy Stworzyli Jogę Dawno Dawno Temu (w sumie to czasem uważam), tylko dlatego, że... No właśnie, na każde odstępstwo od kanonu mam swoją wymówkę.

Ćwiczę ashtangę w soboty, przy pełni księżyca i w nowiu. Ktoś mi kiedyś mówił dlaczego nie powinno się ćwiczyć w te dni, ale oprócz bycia złą joginką jestem też kiepskim słuchaczem, który jak nie zanotuje to zapomni. Z pewnością wykluczenie tych dni z kalendarza praktyk ma jakiś głębszy sens, ale moje zbuntowane jogiczne "ja" nie lubi, gdy ktoś mu mówi kiedy może a kiedy nie może ćwiczyć. W styczniu przećwiczyłam więc każdą sobotę (fuck the police). Co do pełni i nowiu - bez jaj. O tym, że jest pełnia dowiaduję się, gdy próbuję usnąć a Łysy wali mi światłem prosto w twarz.

Nie mantruję przed rozpoczęciem. Z mantrą było u mnie różnie. Na kilku pierwszych zajęciach czułam się dziwnie i głupio, składając ręce do namaskary i słuchając, jak inni wyśpiewują coś w dziwnym języku. Nie jestem religijna i wszelkie formy wymuszania na mnie udziału w obrzędach i rytuałach budzą mój dziki wewnętrzny sprzeciw - tak też było w tym przypadku, stałam ze złożonymi jak do paciorka dłońmi i myślałam "dzizas, jakie głupie, skończta już". Jednakże! Po kilku zajęciach spodobało mi się to nawet i dołączyłam do wspólnej mantry. Nie znalazłam jednak w sobie na tyle zapału, żeby nauczyć się całej vande gurunam na pamięć, w związku z czym ją odpuszczam. Sorry, not sorry.

Opuszczam niewygodne pozycje/robię je po łebkach/dokładam fajne pozycje. To chyba najgorsze, co można robić. W założeniu ashtangę ćwiczy się wykonując pozycje danej serii w określonej kolejności. Seria pierwsza jest najłatwiejsza, stanowi podstawę i przygotowuje do bardziej zaawansowanej serii drugiej, która z kolei przygotowuje do serii trzeciej. Podobno jest jeszcze czwarta seria, ale polega chyba na wywróceniu się bebechami na wierzch - nie wiem co można wymyślić bardziej hardkorowego od trzeciej serii. Każda asana w serii jest w tym, a nie w innym miejscu, bo tak sobie ktoś uroił przygotowuje do kolejnej asany. Wypadałoby więc nie przechodzić do kolejnej pozycji, jeśli nie robi się poprzedniej w sposób perfekcyjny. Trzymając się tego założenia nie powinnam robić niczego więcej oprócz powitania słońca - moja chaturanga jest co najmniej żałosna. O dokładaniu fajnych pozycji już pisałam, ale powtórzę - robienie w kółko tego samego nudzi, przyzwyczaja, powszednieje. A ja lubię wyzwania, nawet jeśli ograniczają się do nieprzywalenia twarzą w podłogę.

O jodze i całym tym jogicznym majdanku wiem mało. Praktycznie nic. Nie odczułam w sobie jeszcze potrzeby zagłębienia się w dzieła Sri Patta-jakiegośtam Jois czy Iyengara (chociaż mój zbiór jogicznych książek jest imponujący, nie wiem czy byłabym w stanie to wszystko przeczytać w rok intensywnych studiów). Nie znam sanskrytu i nie wiem jak nazywa się większość pozycji - nienawidzę uczyć się na pamięć, jak coś zapamiętam, to pamiętam na zawsze, jak nie - trudno, może innym razem.

I największe moje jogiczne przewinienie - nie wciskam swoich jogowych fotek na fejsa/insta/twittera/tumblra/grindra/nigdzie. Ćwiczę dla siebie, co chyba nie jest zbyt popularne ostatnio. Prawda, że rejestruję na endziu wszystkie moje jogowe sesje - robię to po to żeby kontrolować kiedy ćwiczę i jak długo. I mieć radochę gdy widzę, że potrafię robić coś systematycznie. Bo najfajniejszą zasadą jogi, którą wzięłam sobie do serca nie tylko na macie, ale i w życiu, jest systematyczność. Każde rozwinięcie maty to dla mnie wysiłek. Moja podświadomość buntuje się i nie chce systematyczności, bo przez ponad 24 lata rozhasała się jak dziadowski bicz i w dupie ma harmonogramy. Ale walczę. I próbuję zachować odrobinę dyscypliny w tej jogicznej partyzantce.