Jest mi fajnie.
kurą w płot
nie do czytania między wierszami
08 listopada 2015
najlepszy
Piję grzane winko, zagryzam kabanoskami z chili, wącham pomarańczę nadziobaną goździkami i słucham wykładu Zolla. What year is that?!?!
Jest mi fajnie.
Jest mi fajnie.
26 października 2015
10 września 2015
dieta ciut
Najgorzej. Człowiek (ja) chce zrobić coś ze swoim życiem i postanawia, korzystając z dobrodziejstw umowy o pracę w korpo i benefitów zeń płynących, że pójdzie do dietetyka. Chciałam zrzucić tłuszcza i nabyć mięśnia, i jak się okazało tego pierwszego jak na mą wątłą posturę mam zaskakująco dużo, a tego drugiego wyjątkowo mało. Jak już dietetyczka mówi, że jest zszokowana takim rozkładem, to faktycznie należy dziękować bogom wszelakim za to, że ta moja konstrukcja się w ogóle przemieszcza. Tak skonsultowana byłam pełna nadziei, że już gorzej być nie może i że ćwicząc na pakerni i jedząc jak mi babka każe będę za miesiąc super fit obmięśniona i odtłuszczona.
Nic bardziej mylnego.
Jak to w życiu zazwyczaj bywa (a zwłaszcza w moim), sprawa się rypła. Tydzień przed wyznaczonym terminem wizyty kontrolnej wskoczyłam sobie na wypasioną wagę żeby zobaczyć, jakie postępy poczyniłam. A postępy poczynione faktycznie zostały. Waga pokazała prawie kilogram więcej. Myślę sobie "ekstraśnie, mięśnie!". Nołp, tłuszczor. Nie dość, że przybyło mi tłuszcza, to mi jeszcze mięśni ubyło. Impossibru - wykrzyknęłam (w serduszku, bo byli ludzie nieopodal) i pomyślałam, że coś nie tak musi być z tą wagą, po przecież żrę te kurczaki i sery białe, pakuję na siłowni, halo no. Tłuszcza mogło faktycznie troszkę przybyć, bo za blisko mam do automatu z batonami w robocie, ale jakim cudem mięśnia ubyło?! Niet, waga wadliwa, hańba jej, jakiś grubas wcześniej musiał z niej korzystać i wyniki są wypaczone. A nawet jeśli są prawdziwne, to przez tydzień uda mi się chociaż troszkę je zmienić.
Dzisiaj kontrol. Wielki dzień, emocje itd. Waga (jako tonaż) tak samo jak miesiąc temu. Uf. Tłuszczoru więcej niż miesiąc temu, ale mniej niż tydzień temu. Uf. Mięśnia mniej niż miesiąc temu i - o zgrozo - mniej niż tydzień temu. Niedobsz. Nie jest to zachęcające, szczerze mówiąc, i bliżej mi w tym momencie mentalnie do Bridget Jones niż Forresta Gumpa. Nawiasem mówiąc to generalnie mentalnie nie jestem zbyt bliska Forrestowi G., żeby nie było. Ale zamiast biegać mam ochotę teraz żreć ciastki, o to chodzi. Więc dzisiaj ogłaszam dyspensę na (zdrowe?) diety i wchłaniam ciastki. Kolejne zalecenia żywieniowe od dietetyczki wprowadzę od jutra. Albo od poniedziałku.
03 września 2015
o skarpetkach
Dawno temu chciało mi się pisać. Te czasy już niestety minęły (bezpowrotnie?). Od dłuższego czasu cierpię na niemoc twórczą, co częściowo spowodowane jest tym, że już nie siedzę na bezrobociu i nie mam za bardzo możliwości pisania na blogasku na bieżąco tego, co mi do głowy wpada, a częściowo z lenistwa. Trochę się rozleniwiłam w pracy, tak. Mojej głowy nie zaprzątają już ważne życiowo sprawy takie jak globalne ocieplenie czy głód w krajach trzeciego świata, tylko "czy starczy mi do dziesiątego?" i "w co ja się jutro ubiorę??". Tak, to jest dorosłość. Nie ma się tyle czasu ile by się chciało na robienie tego, co się lubi, trzeba wstawać rano i myśleć jak zrobić, żeby przeżyć, nie pisząc do tateły żeby podzielił się swoimi pieniąchami. Dorosłość...
Teraz będzie szczere wyznanie. Możliwe, że trochę śmieszne. Otóż - dorosła nie poczułam się widząc na koncie grube hajsy tytułem "wynagrodzenie za klikanie", ale kupując sobie skarpetki. Nie były może jakieś super, cenowo też chyba szału nie ma, ale zapłaciłam za nie z własnych środków a nie za tacine. Dziwnie się czułam płacąc za nie. Odchodząc od kasy spojrzałam w lustro i ujrzałam w nim kogoś zupełnie innego. Kogoś, kogo stać na własne, nie dzielone z nikim, nie kupione przez mamusię, skarpety.
Wciąż nie mogę otrząsnąć się z tego skarpetkowego szoku. Z obawy przed szokiem, jakiego mogę doznać, daruję sobie kupowania majtek.
Kurtyna.
16 sierpnia 2015
24 marca 2015
ave
99 wyświetleń temu stuknęło mi 3000 wizyt. Nie wiem skąd, nie wiem jak, zapewne 99 proc tego to jakieś boty z Syberii, bo merytorycznego kontentu tu jak na lekarstwo, a nikt na blogaska nie wchodzi dla ładnej buzi blogopisarki (a może?), a aż tak sprytna nie jestem, żeby umieć wyczytać co mi gógl analitiks pokazuje w tej kwestii. Anyways, spoczko, że ktoś tu zagląda, jest mi miło, pjona i wirtualne buziaczki.
Mało pisałam ostatnimi czasy, bo tak jakoś. Zabiegana jestem. Byłam w sumie, bo teraz to już tylko bieganie dosłowne mi zostało. Dostałam pracę (yay!), szukam mieszkania (nope) i ogarniam kopytka, bo w przypływie entuzjazmu zapisałam się na nocną dychę (czym kiedyśtam groziłam), która to odbędzie się za około 24 dni. 24 dni a ja w tym sezonie najdłużej biegłam za jednym razem przez 35 minut, robiąc pięć km z lekkim hakiem. Szału nie ma, tym bardziej że mądre artykuły mądrych specjalistów stanowią, iż przygotowując się do przebiegnięcia dychy na zawodach, trzeba w ramach tychże przygotowań wybiegać milion kilometrów tygodniowo. Milion to przesada, ale 40 km tygodniowo to dla mnie tak samo nieosiągalny wynik jak i ten milion. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Albo raczej wybiegnie.
Chciałabym się podzielić jeszcze jakąś światłą refleksją, ale jestem głodna, a jak głodna to zła i myśleć mogę tylko o tym, że jestem głodna. W związku z tym odraczam podzielenie się refleksją głębszą do czasu uzupełnienia żołądka. A Wy czytajcie mnie dalej. Buziaczki.
20 marca 2015
jaki marzec
Dzikie to słońce dzisiejsze. Najpierw zaćmione, a teraz świeci jak szalone.
Jeśli ten rok ma być choć trochę podobny do zeszłego, to znaczy że tempo nada mu marzec. Marzec 2014 roku był przedziwny. Nie wiem jak w 31 dni udało mi się upchnąć tyle smutków, radości, szaleństw, apatii, napadów nadziei i ataków złości, nowych doświadczeń i przemyśleń. W każdym razie - jakoś się udało i reszta roku upłynęła w podobnych klimatach.
Tegoroczny marzec jest dziki. Jak to słońce. Chcę, żeby 2015 też był dziki.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
